KIlling me softly.

czwartek, 17 maja 2012

#Rozdział szesnasty,


 W całości dedykowany Lexi ♥


-Naprawdę musicie już lecieć? –spytała Louis’a wtulona w niego Brooke. Stali na zatłoczonym lotnisku w Californii. Stukot kół ciężkich, wypełnionych bezużytecznymi pamiątkami walizek, mechaniczny głos przypominający o lotach i czasie, szum pożegnań. Pożegnania. Nikt ich nie lubi. A co, jeśli ktoś musi się żegnać cały czas przemierzając świat prywatnym samolotem? Po tylu razach można się przyzwyczaić. A co, jeśli zostawia się coś lub, jeszcze gorzej, kogoś, na kim bardzo zależy? Wtedy nie pomaga nawet fakt, że podróżuje się z najlepszymi przyjaciółmi.
-I tak zostaliśmy już za długo. –powiedział chłopak. Widząc jej smutne spojrzenie spokojnie dodał –Też chciałbym zostać…Hej, niedługo się zobaczymy. –uśmiechnął się blado.
-Chyba sam w to nie wierzysz. –mruknęła.
Pasażerów lecących z Californii do Nowego Jorku prosimy o wejście na pokład i zajęcie miejsc.
-A studia?
-Ciebie i tak wiecznie nie będzie w Londynie…z resztą nie wiadomo, czy mnie przyjmą.
-Na pewno. Takiej zdolnej czekoladki by nie przyjęli? Are you fucking kidding me?
-Chory optymista. –szepnęła i spojrzała w jego błękitne oczy. Poczuła, że po policzku spływa jej łza.
-Będę tęsknić, wiesz? –powiedziała tak cicho, że chłopak odczytał to chyba tylko z ruchu ust.
-Ja też. –szepnął. Odgarnął jej jasne włosy z czoła. Delikatnie dotknął jej policzka, po czym przybliżając się do niej mocnym ruchem wpił się w jej blade usta i pocałował z ogromną namiętnością i miłością. Ten pocałunek miał im wystarczyć na długo.
Pasażerów lecących z Californii do Sydney prosimy o wejście na pokład i zajęcie miejsc.
-Widział ktoś Niall’a? –spytał nagle Liam.
-Poszukam go! –odezwała się szybko Brooke i wyplątując się z objęć Tomlinson’a szybkim krokiem ruszyła przed siebie by chwile później zniknąć w tłumie.

Przeciskała się między ludźmi. Kręciło jej się w głowie od tłoku. Bolały ją żebra, w które celowały coraz to nowe serie uderzeń łokciowych. Wstrzymała oddech żeby nie czuć na sobie tych wszystkich zapoconych ciał. Przymknęła lekko oczy i udając Matrix’a krok po kroku starała się opuścić ten wariacki niekończący się korek. Kątem oka dostrzegła siedzącego na schodach Horan’a. Obserwował jej nieudolne próby dostania się do niego z kpiącym uśmiechem na ustach. Cóż, nic nie działa na ludzi tak motywująco, jak brak wiary ze strony drugiego człowieka. Brooke Nicole Parker, która w szczególności nie znosiła pogardy postawiła sobie za cel udowodnienie temu blondasowi, że wyjdzie z tego, chociażby miała być to ostatnia rzecz, jaką zrobi.
Wynurzając się na chwilę znad masy ramion zaczerpnęła powietrza i chowając się ponownie pomiędzy nimi ruszyła przed siebie. Nie zrażały jej odpychania, wulgaryzmy i obelgi padające pod jej adresem. Nie straszne jej były szarpania za krawędzi bluzki i ciągłe potykania się o nogi nieporadnych turystów. Ten tłok przypominał trochę pogo…tyle, że Brooke miała w tym trochę mniej przyjemności niż w skakaniu do piosenek Nirvany.
Nagle poczuła na twarzy podmuch świeżego powierza. Stanęła dokładnie pomiędzy obrotowymi drzwiami, a schodami. Kierunek był jeden.
„Just tonight I will stay and we’ll throw it all away…”


Sophie Evans też nie była zadowolona z faktu, że tych pięciu gwiazdorów opuszcza miasto. Przywiązała się do nich. Do każdego z osobna. Nawet ta cała pokręcona zażyłość, jaka jest pomiędzy Brooke, Niall’em i Louis’em nie była w stanie popsuć ich relacji. Szczególnie z Harold’em. Ten czas, który razem spędzili doda do listy najprzyjemniejszych wspomnień.

-Harry, idioto, oddaj ten aparat! –darła się jak opętana śliczna brunetka. Leżała właśnie spokojnie na gorącym piasku ubrana tylko w skąpe bikini, gdy nagle jakiś wielki, tłusty cień z włosami większymi dwa razy od samej twarzy przysłonił słońce. Stał za obiektywem dosyć dużego aparatu fotograficznego. Nawet spod tego sprzętu widać było jego wredny, tryumfalny uśmiech.
-Nigdy, skarbie. –powiedział i oślepił ją fleszem. Co prawda, nie wiedział, że nie cierpiała zdjęć z zaskoczenia, ale to i tak nie było wytłumaczenie jego jakże zuchwałego zachowania. Tak, zdecydowanie powinien dostać w twarz.
Dziewczyna zerwała się z ziemi i ruszyła w kierunku Styles’a. Ten zaczął uciekać, co jakiś czas odwracając się i atakując ją kolejną serią ujęć.
-Nie nauczyli cię, że nie rusza się cudzych rzeczy?!
-Co moje to twoje, słonko! –krzyknął przez ramię ze swoim stałym wyrazem twarzy. O nie, ten lekceważący uśmiech to było za wiele. Evans zwinnym skokiem rzuciła się na jego plecy. To go nie osłabiło, więc musiała użyć mocniejszej artylerii. Silnym kopniakiem uderzyła go w żołądek. Prawdę mówiąc celowała nieco niżej, ale cóż…
-Auuuuuuuuuuuuuuuuuuu! –zwinął się z bólu i upadł na kolana. Tego nie przewidziała. Zsunęła się z jego pleców lądując obok niego na piasku.
-Jesteś dumna? –mruknął nadal trzymając się za brzuch. –Dobra, nie odpowiadaj. –dodał widząc jak próbowała zahamować cisnący się na usta uśmiech.
-Sam tego chciałeś!
-W jaki niby sposób? Bo chciałem uwiecznić twoją słodką buźkę?
Walnęła go w ramię.
-To wyraziło więcej niż tysiąc słów.
Sophie położyła się na plecach, biorąc aparat do rąk.
-Zobaczmy, co tam natrzaskałeś…o Boże, muszę to usunąć!
-Chyba kpisz! –zerwał się nagle i wyrwał jej sprzęt. Nie dawała za wygraną. Rozpoczęła się krwawa walka…no dobra, wcale nie krwawa. W efekcie jednak Harry Edward Styles przyciskał swoim ciężarem Sophie Alexis Evans do ziemi i wpatrywał się w jej szmaragdowe oczy. Czuła na sobie jego ciepły oddech. Milczał. Dziewczyna pomyślała, że albo zaraz dostanie zawału albo po prostu chce ją pocałować. W sumie nie miałaby nic przeciwko, ale…Nie, ten zuchwały, złośliwy i irytująco śliczny palant nie mógł przecież dostać tego, czego chce, prawda? Gdy chłopak pochylił się żeby dotknąć jej ust wysunęła się spod niego i jak najszybciej usiadła obok po turecku żeby nie przegapić jego miny. Bezcenny widok-najsłynniejszy nastolatek świata gryzie piach. Spojrzał na nią z wyrzutem. To rzeczywiście było trochę upokarzające, a nic, zupełnie nic, nie mogło sprawić żeby ON poczuł się upokorzony. Tego było dla niego za wiele. A ten jej zalotny uśmiech? Może to i było nierozsądne, ale w tej chwili nie mógł się powstrzymać. Jak jakieś dzikie zwierze rzucił się na nią przyciskając do podłoża i nie dając możliwości ucieczki. Wpił się w jej usta od razu dotykając delikatnie języka. Ona natychmiast odwzajemniła ten dosyć agresywny pocałunek. Wiedział, że tak będzie…Przecież on zawsze wie. Lekko osłabił uścisk żeby leżąc tak wziąć jej twarz w dłonie, nie chciał żeby się oderwała, nie chciał przestać czuć pod sobą jej delikatnych, miękkich warg. Wszystkie te zabiegi były zupełnie zbędne; Sophie ani w głowie było zaprzestanie. Po co miałaby rezygnować z tak przyjemnego doświadczenia? Na dowód swoich szczerych chęci zmierzwiła dłonią jego ciemne loki, po czym chcąc mieć go jeszcze bliżej położyła dłoń na jego nagich plecach i przycisnęła mocniej do siebie zupełnie ignorując zaplątane w piasku kamienie wbijające się w jej kark.
-Harry…-jęknęła cicho. Na chłopaka podziałało to tylko podniecająco i motywująco. Nie przestając pieścić jej ust zjechał ręką po jej piersiach, po czym włożył ją pod jej plecy. Po omacku szukał cieniutkich sznureczków utrzymujących górę stroju. Na szczęście nie były mocno zawiązane…
Teraz musiała się z nim pożegnać, nie wiadomo na jak długo. Nie uśmiechało jej się to. Wiedziała, że będzie tęsknić. Wiedziała, że on też będzie.
-Sophie Alexis Evans, zanim wylecimy, chciałbym cię o coś spytać…
-Boże, Harry, to brzmi jak oświadczyny.
-Bo to poniekąd są oświadczyny. – uśmiechnął się blado. –Jedliśmy razem przeterminowane jogurty, piliśmy najmocniejsze wódki i śpiewaliśmy po pijaku „Last Christmas, ran nawet uratowałaś mi życie…
-Ja cię tylko nauczyłam jeździć na rolkach.
-Nie, nie, to nie było tak. Uratowałaś mnie przed publicznym upokorzeniem.
Zaśmiała się.
-Spędziliśmy razem tyle cudownych chwil, przez co zapomniałem zadać ci jednego głupiego pytania. Nie wiem, czy to cokolwiek zmieni, ale nie chciałbym żebyś przeze mnie nie mogła chwalić się przed koleżankami cudowną historią miłosną, więc…-objął ją w tali- Sophie Alexis Evans, zostaniesz moją dziewczyną? –powiedział lekko drżącym głosem.
W oczach zakręciły jej się łzy. Nie sądziła, że może być aż taki romantyczny. Przemknęło jej przez głowę sto tysięcy przeciwwskazań i zaprzeczeń. Związek z kimś takim? To byłoby czyste szaleństwo. Przecież fanki by ją rozszarpały. Z resztą on nie usiedzi tygodnia w jednym miejscu. Nie, nie, nie. Po co sobie szkodzić? Bycie z nim musiałoby się wiązać z dawaniem siebie, celebrowaniem swojego życia, stanie się kimś rozpoznawalnym. To absurdalne. Cóż, lubiła wyzwania…
-Pewnie, jasne, oczywiście, mhm, ta, dobra, tak. –wydusiła, po czym rzuciła mu się na szyję i obdarowała słodkim całusem prosto w usta.


-I co tak siedzisz? –mruknęła Brooke do Nialler’a. Siedział ze spuszczoną głową na schodach i nawet nie zaszczycił jej spojrzeniem.
-A co mam robić? Zayn urządził w łazience salon piękności, przez co, jak pewnie zauważyłaś przez pół korytarza ludzie stoją, żeby dostać się do tego egoisty. Na straży stoi Paul, może mam stanąć koło niego i odpędzać tłum, co? A może mam iść z Liam’em do sklepu i wybierać pomiędzy żelkami czerwonymi, a czerwonymi? Może mam patrzyć razem z Louis’em na wzruszające pożegnanie Sophie i Harry’ego…
-A może po prostu porozmawiać ze mną? –spytała nieśmiało siadając obok niego.
-Jakoś chyba nie mam ochoty, wiesz?
-Widzę, ale zupełnie nie wiem dlaczego. To ostatnie, właściwie minuty, które możemy razem spędzić, a ty wolisz gapić się na to dzikie stado?
-Chryste, Parker! Naprawdę nie rozumiesz? Znowu…Nie chcę lecieć, nie chcę zostawiać ani tego miejsca, ani tym bardziej ciebie. A rozmawianie z tobą ze świadomością, że nie będę cię widział tyle czasu po prostu mnie przerasta.
-Można dzwonić, pisać, są samoloty, pociągi…
-Rozstanie z osobą, którą się kocha boli nawet na minimalnych odległościach, a co dopiero…Wiedza, że ta osoba nie odwzajemnia twoich uczuć boli jeszcze bardziej.
Tego nie wytrzymała. Zmusiła go do spojrzenia sobie w oczy.
-Jesteś dla mnie bardzo, bardzo, bardzo ważny, nigdy, przenigdy o tobie nie zapomnę, rozumiesz? –szepnęła najdobitniej jak potrafiła.
-Rozumiem. Doskonale rozumiem. –niemal warknął. Delikatnie musnęli się ustami. To przechodziło już powoli do rutyny. Lekko ugryzła jego wargi, przez co on mocniej wpił się w jej usta. Rękę położył na jej przykrytymi jasnymi pasmami karku. Czuł się nieziemsko.
-Co do cholery? –pomimo szeptu usłyszeli do bardzo dokładnie.
Louis Tomlinson stał pod schodami z oczami otwartymi na oścież.
-Lou, to nie tak…-ale Lou nie chciał słuchać.


-Kochani, ja rozumiem, że wam przykro, ale jesteście dorośli i macie jakieś obowiązki, tak? –mówiła młoda, śliczna dziewczyna ubrana w jeansy, rurki, koszulę i granatową marynarkę. Włosy miała zebrane w luźny kok tuż nad karkiem. W jednej ręce trzymała małą butelkę wody mineralnej, w drugiej masę papierów, umów i grafików. W natłoku ostatnich, czułych pożegnań nikt nie zwracał na nią uwagi. –HALOOO! –wydarła się całą siłą głosu. Wszystkie oczy zwróciły się ku niej. Odchrząknęła. –Okej, dziękuję. Nazywam się Lexi Hutcherson i jestem nową asystentką waszego menagera. Nie mieliśmy okazji się wcześniej poznać, więc szef przydzielił mi za zadanie odebranie was stąd i dostarczenie do Londyn’u. Prawdę mówiąc, nie jestem pewna, czy dam radę przeżyć ten lot, bo już jestem na skraju załamania. Czy wy naprawdę musicie mieć wpisane w plan dnia wizyty u fryzjera? Ludzie! Nie ważne, ostatnie buziaczki i zbieramy się, panowie. –powiedziała, po czym schodkami dostała się do wnętrza samolotu.
Wszyscy rzucili się ku sobie przytulając się i deklarując jak bardzo będą tęsknić. Wszyscy oprócz Tomlinson’a. Przy pierwszej okazji schował się w olbrzymiej maszynie zajmując miejsce przy oknie. Przez szybę wpatrywał się w postać swojej dziewczyny. Tak okropnie ją kochał. Nie mógł do siebie dopuścić myśli, że właśnie przyłapał ją w objęciach jego najlepszego przyjaciela. To nie do pomyślenia. Nie, to przecież nie mogła być jej wina. Ona by mu tego nie zrobiła. Przecież jej ufał. Mówili sobie wszystko, więc gdyby nie chciała z nim być powiedziałaby mu o tym szczerze, prawda? To Niall. Tak, to on. Podpuścił ją, uwiódł i użył tego dziecięcego uroku do zmiękczenia jej dobrego serca. W tej chwili nienawidził go z całego serca.
Zdenerwowana Lexi stanęła ponownie przy wejściu. –A tobie, Malik, wysłać specjalne zaproszenie?!
Zayn złapał za rękę odwracającą się już Emily. Spojrzał w jej przeszklone oczy. –Przylecisz jak tylko będziesz mogła, tak? –spytał z nadzieją w głosie. Kiwnęła potakująco głową. –Będę tęsknić. –szepnął i pobiegł w kierunku reszty. 
***
Siema, to ja. Napisałam ten rozdział, bo ta moja głupia Olka męczyła mnie z tym tydzień, a ja (jeszcze głupsza) nie mogłam go skończyć. Dziękuję za zainteresowanie, my lovely <3
Mam nadzieję, że się spodoba, mimo, że zapewne jest nudny. Ja zawsze piszę nudne, just sayin
Fajnie by było jakby komentarzy było tyle, co obserwatorów :3 Think about it.
A tak by the way to mam do Was prośbę. Mogłybyście ewentualnie w komentarzach podawać swoje twittery i (jeśli macie) ask.fm ? Jak wam się przypadkiem nudzi to możecie popytać mnie (LINK). Bo wiecie...straszną frajdę sprawia mi odpowiadanie, hah ; )
To na tyle, 
Margaryna Xx

wtorek, 17 kwietnia 2012

#Rozdział piętnasty.


„Poniedziałek, 20 lipca.

Padam na twarz.
Ledwo trzymam długopis, ale po prostu muszę to napisać, bo nie wytrzymam! Oczy zaraz będę podtrzymywać zapałkami, ale w środku zaraz coś we mnie wybuchnie. Czuję takie wstrząsy na wysokości żołądka…to chyba te słynne motylki.
Jest grubo po północy, a ja dopiero wróciłam do domu, który z resztą opuściłam około 10 rano.
Miałam wrażenie, że w moim śnie rozpętała się trzecia wojna światowa pomiędzy Atlantydą a Galią. W rzeczywistości, Emily z agresywnością dzikiego chomika rzuciła się na mnie uderzając jednocześnie nogą o kant biurka. Pierwszy i nie ostatni raz tego dnia byłam o krok od zawału. Mniejsza z tym…Spieszyłyśmy się, bo umówiłyśmy się z chłopakami na ‘pożegnalną wycieczkę’. Nie, nie tak. To brzmi jak wspomnienia słodkiej gimnazjalistki. Po prostu postanowili zabrać nas do miejsca, które, jak określili, jest jednym z najbardziej magicznych na świecie.
Możesz sobie wyobrazić nasze miny, kiedy zobaczyłyśmy długi, hipisowski bus. Przez jakiś 5 minut wodziłam wzrokiem po napisach typu ‘Wiecznie młodzi’, ‘życie w pokoju’, czy ‘Miłość jest wszystkim’. Oderwał mnie od nich dźwięk klaksonu. Louis siedział za kierownicą. Dalej mam wątpliwości, co do jego umiejętności rajdowych, ale chyba za coś mu ten dokument dali, nie? Nie ważne. Sophie zwieszona w pół z okna i obejmowana od tyłu przez Harry’ego. Na jej twarzy widniał głupkowaty uśmiech. Do tej pory uważam, że całkiem udzielił im się ten rasta klimat i coś tam jarali…a niby takie dobre dziecko, przyszły chirurg i prawnik w jednym, a takie głupie…Wydaje Ci się to dziwne? To słucha dalej…Po wysokich schodkach wsiadłyśmy do środka. Widok był dosyć niecodzienny. Liam darł się na Nialler’a bo ten pobrudził dżemem całą mapę. Payne stał nad blondynem trzymając w ręku lepiący się kawałek papieru i napawał się widokiem przepraszającego i błagającego o wybaczenie przyjaciela.
Zapewne nikt nie zauważyłby naszej obecności gdybym ja-mistrz dyskrecji, nie wybuchła głośnym, urywanym śmiechem. Wszystkie oczy zwróciły się ku nam, co na policzkach Emily wywołało blady rumieniec. Coraz częściej mam wrażenie, że ta jej sympatia i nieśmiałość są tylko przykładem dobrej gry aktorskiej. Postać słodkiej, miłej, niewinnej dziewczynki, jaką gra zupełnie nie odzwierciedla jej samej. Udaje, by zdobyć przyjaciół, sławę i przejąć moje życie. Wiem, wiem, dorabiam historię i powinnam to zatrzymać dla siebie, bo na takie bzdury szkoda nawet papieru. Tak, jestem przewrażliwiona. Tak, powinnam przestać, ale…z jakiegoś powodu przez tyle lat jej nienawidziłam, prawda?
KUZYNKA od razu przepchnęła się na miejsce obok LOUISA. No dobra, jestem zazdrosna, ale chyba mam o tego prawo. Może nie mam powodów, ale prawo jak najbardziej. Nie chciałam jednak poznać po sobie, że oś jest nie tak…to podobno jeszcze bardziej nakręca. Po chwiejącej się podłodze podeszłam więc do niezwykle szczęśliwej Sophie i całkowicie pochłonięta rozmową nie zwróciłam wagi nawet, że samochód ruszył. Strasznie za nią tęskniłam! Nie widząc jej kilka dni odliczałam minuty do następnego spotkania. Opowiedziała mi o wczorajszym spotkaniu z Harry’m uwzględniając wszelkie szczegóły, które szczerze mówiąc mogłaby sobie darować i wybacz, ale wolałabym ich tutaj nie przytaczać. Wyglądają na zakochanych. Kto by pomyślał, że największa buntowniczka, jaką znam odnajdzie drugą połówkę w najbardziej narcystycznym człowieku na świecie? Ja z pewnością nie. Następnie ‘para kochanków’ zaczęła kłócić się o butelkę sprite’a. Tęsknym wzrokiem spojrzałam na Tomlinson’a. Pochłonięty był patrzeniem na drogę i wysłuchiwał trajkotu Emily od czasu do czasu rzucając od niechcenia ‘mhm’. Ja chyba naprawdę kocham tego człowieka.
Usiadłam na podłodze, pod ścianą i włożyłam słuchawki do uszu. ‘Lay my head under the water. Lay my head under the sea…’ Od głebokiego głosu oderwało mnie szturchnięcie w ramię. Spojrzałam w prawo i ujrzałam twarz Niall’a. Nie była jednak taka sama…w niebieskich oczach nie było zwykłej dla niego radości i beztroskiego podejścia do wszystkiego. Zamiast nich zobaczyłam smutek i ból, który próbował zamaskować pustym uśmiechem na ustach. Szczerze mówiąc ten widok bardziej przeraził mnie niż zadziwił. Przeszło mi przez myśl, że jeżeli tak pozytywny człowiek jak Horan ma doła to jakby cała radość świata w jednej chwili wyparowała. Tych naszych rozmów też mi brakowało, bardzo. Muszę przyznać, że trochę go zaniedbywałam przez ostatnie dni. Ciągle brakowało mi czasu i okazji do spotkania się z nim albo spontanicznego zjedzenia obiadu z taniej chińskiej budki i spędzania reszty dnia na piciu mięty na odtrucie.
Krzyk Louis’a i nietęga mina Emily sygnalizowały dotarcie na miejsce, czyli niewielki fragment plaży u wybrzeży ***. Cały otoczony był ogromnymi głazami i wysokimi trawami. Szum fal zagłuszał zupełnie radosny okrzyk Sophie…ta zawsze dostaje dzikiego szału na taki widok, wręcz zakochana jest w nadmorskich, pięknych pejzażach. Kiedy przeprowadziła się z Nowego Jorku do Californi od razu pognała nad ocean i wpatrywała się w niego przez jakieś 2 godziny. Od tego czasu nie ma dnia żeby nie zatapiała smutków i problemów w słonej pianie.
Chłopcy od razu ruszyli w kierunku wody zrzucając z siebie po drodze ubrania. Nawet Niall, który jeszcze przed chwilą nie chciał patrzeć na słońce ochoczo ścigał się z Liam’em. Może to miejsce rzeczywiście jest jakieś magiczne, skrywa w sobie jakieś tajemnicze enzymy…kto wie?
Przyglądałyśmy się z wypisanym na twarzy „WTF?!” jak pięcioro zapaleńców rzuca się wprost w chłodne fale. Ostrożnie podążyłyśmy ich śladem i padłyśmy na niemalże biały piasek. Emily i Sophie przez następne 20 minut bawiły się w sędziów plebiscytu na najbardziej sexowny tyłek rozpatrując każdy w trzech kategoriach. Wygrał Harry. Co prawda tylko, dlatego że Evans uparła się, że jej głos liczy się podwójnie, ale jakby nie patrzeć, tytuł należy do niego.
Potem zrobiło się ciemno. Louis spacerował brzegiem morza razem z ,nie oddalającą się nawet na krok, Em. Od rana zastanawiało mnie, po co Zayn’owi duża, srebrna, połyskująca skrzynka…wszystkie wątpliwości zniknęły, kiedy wyciągnął z niej grzebień, żel i zaczął układać Payne’owi włosy zgodnie z obowiązującymi trendami. Szczerze mówiąc zmęczyła mnie już trochę ta cała radosna atmosfera. Stanęłam przy wejściu do hipisowskiego busa. Usłyszałam dźwięk gitary i cichy śpiew. ‘You can't trust a cold blooded man
Girl, don't believe in his lies’ Wyjrzałam zza tylnich świateł i zobaczyłam dosyć przygnębiający widok. Oparty o pomarańczową ścianę siedział na wilgotnym już piachu, Nialler. Na kolanach miał instrument. Za spuszczoną głową i zamkniętymi oczyma płynnie przesuwał palce po metalowych strunach. Cicho klęknęłam obok niego i razem z nim zanuciłam ‘Can't trust a cold blooded man.He'll love you and leave you alive’ Chłopak zerwał się nagle i spojrzał na mnie. Nie zwykłym, radosnym wzrokiem, który mówił, że świat może być piękny i który widziałam podczas naszych wspólnych spacerów. Nie ciężkim, pełnym żalu spojrzeniem, którym obdarzył mnie po drodze tutaj. W jego oczach było coś, no nie wiem…coś jakbym widziała wzrok małego dziecka, które dowiaduje się, że święty Mikołaj nie istnieje; wzrok człowieka, który dowiaduje się, że jego marzenia nigdy się nie spełnią; wzrok bez cienia radości, nadziei i wiary. No i znowu beczę, fantastycznie…pamiętam Ed’a...on wykończył się sam, prawie pociągnął mnie za sobą…teraz mam wrażenie, że w ten sam sposób wykańczam Horan’a…”

-Pewnie chcesz dowodu, co? –mruknęła pod nosem Brooke. –Proszę bardzo…-schowała twarz w czarnej, miękkiej poduszce i zatopiła się we wspomnieniach…

-Nialler…- szepnęła wysoka dziewczyna prosto w twarz siedzącego naprzeciwko niej blondyna.
-Proszę, chociaż raz w życiu się zamknij. Posłuchaj tego, co mam do powiedzenia, a potem opluj mnie, odejdź i przez resztę życia traktuj jak powietrze.- powiedział cicho, mrugając szybko czerwonymi i przeszklonymi oczyma. W odpowiedzi zobaczył tylko potaknięcie głową.
-Przyjechaliśmy tu na koncert. Tylko i wyłącznie po to żeby zaśpiewać kilka piosenek o niczym i spotkać się z kolejnym rozwrzeszczanym, rozszalałym, nieposkromionym tłumem dzikich fanek. Siedzieliśmy w hotelowym pokoju, kiedy tylko mogliśmy żeby jakoś odpocząć od tej całej pieprzonej sławy.Pamiętam jak ciągnęliśmy zapałki o to, kto pójdzie po kawę. Wypadło na Louis’a. Wrócił rozpromieniony jak nigdy. Opowiadał nam o złotowłosej piękności, która poparzyła go czekoladą. Ogólnie rzecz biorąc to nawet cieszyłem się, że spotkał wreszcie kogoś właściwego. Gdybym wiedział, że jego miłość tak na mnie wpłynie prawdopodobnie byłbym trochę mniej uradowany. –uśmiechnął się pod nosem –Potem…potem cię spokałem…wydawałaś mi się spoko, naprawdę, ale tyko spoko. Myślałem, że…że ty i Lou będziecie szczęśliwą ‘parką showbiznesu’, jak Brad i Angelina, jak Justin i Selena albo jak Alicja i Collin. Nie sądziłem jednak, że to długo potrwa…żaden z jego związków nie przetrzymał dłużej niż miesiąc. Miałem się do ciebie nie przywiązywać, w końcu byłaś tylko kolejną zabawką, jedną z wielu. Cóż…nie wyszło mi. –znowu pochylił głowę. Oczy Brooke zaszły łzami. Nie chciała tego słuchać, ale nie potrafiła mu przerwać. –Kiedy zaczęliśmy się spotykać byłem tak szczęśliwy, że nie zauważyłem tego, że wykorzystujesz mnie do zaleczania płytkich ran po niedoszłej miłości…
-Niall, to nie tak…-wydusiła cicho przez napływające coraz to nowe słone strumienie.
-Jeszcze nie skończyłem. Robiłaś mi nadzieję. Nie wiem, czy świadomie, ale robiłaś. Nie mam do ci tego za złe. Mam tylko ogromny żal do siebie, że głupi, dałem się wciągnąć w te chore gierki świadomie narażając się na ból.
-Ja nie chciałam…
-Wiem.-rzucił oschle. Parker poczuła się tak jakby właśnie dostała w twarz. –O dziwo, wróciliście do siebie. Tomlinson jest szczęśliwy, ty jesteś szczęśliwa, wszystko jest tak cholernie słodko idealne, że aż mi się cofa. –otarł wierzchem dłoni mokry policzek. –O Londynie też mogłaś mi powiedzieć…-spojrzał na nią z wyrzutem.
-To jeszcze nic pewnego…
-Pewne jest to, że będziesz blisko. Na tyle blisko żeby być z nim, na tyle blisko żebym musiał patrzeć na was i każdego dnia przekonywać się o braku sensu własnego istnienia.
-Jesteś jedną z najbliższych mi osób, traktuję cię jak brata…
-Czy ty naprawdę nie widzisz o co w tym wszystkim chodzi? Nie chcę twojej siostrzanej miłości, nie chcę widzieć twojego uśmiechu i radości w oczach, kiedy będziesz spacerowała ulicami miasta przytulając się do niego. Nie chcę znosić tego całego cierpienia i bólu jaki mi zadasz.-Spojrzał jej prosto w oczy. Dostrzegł w nich troskę i brak zrozumienia. Musiał być szczery nawet kosztem przyjaźni z Louis’em. –Brooke Nicole Parker…kocham cię. –szepnął i schował twarz w dłoniach. Dziewczyna siedziała w niezmiennej pozycji z lekko rozchylonymi ustami. Była w szoku. Do tej pory nie rozumiała, albo nie chciała rozumieć co tak naprawdę jest powodem podłego humoru Horan’a. Teraz nie mogła już udawać idiotki, musiała stanąć twarzą w twarz z tym wyznaniem. Spojrzała na niego spuchniętymi od płaczu oczyma.
-Nialler…Niall, nie płacz. Proszę, nie każ mi na to patrzeć…
Chłopak podniósł głowę. Dzieliły ich teraz centymetry. Czuł słodki zapach jej oddechu, jego ciepło i dotyk. Była taka piękna. Wiedział, że to, co teraz zrobi może w konsekwencji nieść za sobą utratę zębów, ale nie mógł się opanować; taka sytuacja może się już nie powtórzyć. Przybliżył się do niej zmniejszając odległość. Delikatnie dotknął jej słonych od łez warg. Nie opierała się. Coraz odważniej rozchylał usta. Ona odwzajemniła pocałunek. Przyciągnęła go mocniej do siebie i wplotła palce w jego jasne włosy. Ich języki dotknęły się nieśmiało. Objął ją w tali i przytulił ani na chwilę nie odrywając się od jej ust. Pocałunek stawał się coraz bardziej namiętny. Korzystał z każdej okazji by być bliżej i bliżej. Nie był w stanie uwierzyć we własne szczęście. Nagle dziewczyna oderwała się od niego nie odsuwając jednak twarzy.
-Nie mogę. –wyszeptała i spuściła głowę. –To nie w porządku. Może to mogłoby się udać zanim…
-Zanim poznałaś jego. –dokończył za nią.
-Tak. Na razie…nie możemy go oszukiwać. Nie możemy go ranić. Nie mamy takiego prawa, Niall.
Chłopak milczał i pozwolił by dziewczyna oparła głowę o jego ramię opuszczając kaskadę złotych włosów na tors.

‘One baby to another says I’m lucky to met you…’ Sięgnęła po leżący na podłodze telefon. Spojrzała na widniejący na wyświetlaczu numer Sophie. Już czas spotkać się z rzeczywistością i pożegnać wyobrażenie o happy end’ach. Westchnęła głęboko.
-Tak? –powiedziała ospałym głosem i zamknęła leniwie jasną okładkę pamiętnika.

***
Trochę się rozpisałam, nie powiem, ale głównie to bzdety o niczym. Mam nadzieję, że mimo to się podobają :)x 
Naskrobałam to takie długie, a na sprawdzenie nie bardzo mam już siłę, więc... I'm so sorry.
Długo nie dodawałam nowego, ale to because of new blog(link post niżej).  
Zachęcam was, my dear, do komentowania.
Dziękuję, 
Maggie T. x

czwartek, 5 kwietnia 2012

INFORMACJA.

 Wpadłam na pomysł zrobienia drugiego opowiadania o zupełnie innym wykreowaniu postaci i historii. W skrócie to opowiadanie o młodej polce(!), która po wyjechaniu na stypendium do Londynu zaczyna nowe życie. Zapraszam serdecznie do czytania i komentowania   http://weak-and-drunken-hearts.blogspot.com/
Kisses and hugs, Margaret♥

piątek, 23 marca 2012

#Rozdział czternasty.

-Cicho! Zaraz przecież wstanie! –usłyszałam głośny szept. ‘Emily?’
-Cierpliwość nie jest moją mocną stroną! –‘Sophie?’
-Zauważyłam…hej, gdzie idziesz?
-Do łazienki. Nic jej szybciej nie obudzi niż zimny prysznic. Bardzo zimny.
-Tylko spróbuj, a przerobię się na pudding! –wrzasnęłam przekopując kolejne warstwy pościeli. Przybrałam pozycję obronną i stojąc tak ugiętych nogach z rękami wyciągniętymi przed siebie rozejrzałam się po pokoju. ‘Ostatnio jak tu byłam to mogłam zobaczyć dywan. Dywanie, gdzie jesteś?!’ Podłoga całkowicie przykryta była ubraniami. Moimi ubraniami. Pomięte bluzki zwisające z otwartych na oścież szaf, buty zawieszone obcasami o metalową krawędź łóżka, duży, słomiany kapelusz zwisający z lampy tuż nad moją głową. ‘Boże, co za dzicz.’ Spojrzałam na dziewczyny. Uśmiechały się do siebie porozumiewawczo. ‘Coś tu nie gra…Brooke, tylko nie daj po sobie poznać, że nie wiesz, o co chodzi. Skup się!’ Zaczęłam badać wzrokiem każdą cząstkę ich ciała. Włosy, u Emily jak zwykle idealnie gładkie, Sophie zebrane w luźny kok tuż nad karkiem. Ramiona, bluzki, spodnie…bez zmian. ‘Co je tak bawi? Szczerzą te zęby jak głupie.’ Zerknęłam do lusterka. Odbicie przedstawiało zwyczajny poranny wygląd Brooke Nicole Parker. Może i miałam lekko rozczochrane włosy i ślad poduszki na lewym policzku, ale to chyba nie powód żeby dławić się własną śliną próbując zapanować nad żuchwą, prawda? ‘Chwila, który dzisiaj? To jakiś ważny dzień. O brawo, jak zwykle zapomniałaś.’
-Przypomnę Ci, koncert. Ten sam, o którym gadałaś przez ostatnie pół roku i ten sam, na którym będzie per Louis Tomlinson otoczony gronem wiernych fanek. –powiedziała Sophie, widząc moją, mówiąc delikatnie, niezdecydowaną minę. ‘No tak, umknęło mi.’
-Dobra, koncert, rozumiem, ale…to nie zmienia faktu, że nie wiem co tu robicie.
-Ty naprawdę jesteś taka tępa, czy tylko udajesz? –spytała Emily patrząc na mnie jakbym urodziła się wczoraj. –Lepiej nie odpowiadaj. Możemy sobie pójść, ale… nie jestem pewna czy chcesz tam iść ubrana w tę piękną i jakże uroczą różową piżamę.
-To taki nowy trend, prosto z wybiegów. –przybrałam pozę godną Anji Rubik. Teraz obie nie reagując na ten kiepski żart stały przede mną i czekały aż pozwolę im na pastwienie się nad moim wyglądem. –Bezguścia. –syknęłam i bezwładnie osunęłam się na kolana zakopując w fałdy atłasowej pościeli. Miękka nie okrywała mnie zbyt długo gdyż została brutalnie zrzucona na podłogę przez nazbyt bezpośrednią Emily. Jeśli o niej mowa…ostatnio dogadywałyśmy się coraz lepiej. Nie sądzę żeby zrezygnowała ze swojego irytująco wrednego charakteru, ale nie okazywała go aż tak wyraźnie. Wydaje mi się, że zaakceptowała mnie w jakimś stopniu i zaprzestała wojnę pt. „Robić wszystko, aby udowodnić, że Brooke Nicole Parker puka w dno od spodu”…’Albo jest doskonałą aktorką.’
-Dobra, koniec z tym leżeniem. Zjedz coś i bierzemy się do pracy. Dziś wieczór będziesz błyszczeć. –powiedziała Sophie rzucając do mnie duże opakowanie wiśniowego jogurtu.


Ciepły ranek w centrum Californii. Ruch nie jest duży, niekiedy tylko przejedzie pojedynczy samochód zostawiając za sobą smugi duszącego dymu. ¾ populacji śpi teraz spokojnie w swoich miłych, jasnych pokojach, a reszta marzy o śnie siedząc w ogromnych biurowcach zawładniętych przez wielkie korporacje.
Środkiem chodnika idzie piątka przyjaciół.
Przodem dwoje. Jeden z grzywką przysłaniającą oczy, ubrany w krótkie, zielone spodnie i białą koszulkę, która przylegając do ciała doskonale prezentuje jego mięśnie, rzuca się na drugiego ręką sięgając jego rozwianych wiatrem ciemnych loków. Wiedział, że to jego słaby punkt; ta obsesja na punkcie fryzury. Tylko w ten sposób mógł ukarać go za złośliwe uwagi dotyczące jego osoby. On też miał taki punkt, tamten zdając sobie z tego sprawę zręcznie wyplątując się z tego objęć złapał go tuż po żebrami i mocno uszczypnął. Wybrzmiał odgłos bólu pomieszany z radością. Radością, że ma jego – Harry’ego Edwarda Stylesa. On, Louis Tomlinson nie mógłby wyobrazić sobie nikogo lepszego.
Za nimi szła spokojnie kolejna dwójka. Jeden z lekko kręconymi włosami, z delikatnym uśmiechem na ustach przymkniętymi oczyma. Dokańczał właśnie sen, z którego został brutalnie wyrwany tego ranka. Był na farmie pełnej krów; wszędzie biegały wesoło pokrzykując dzieci. Każde trzymało w ręku łyżkę i wymachiwało nią, jak czarodziejską różdżką. Zaczął uciekać. Biegł coraz prędzej, pragnąc jak najszybciej opuścić to miejsce. Po chwili wskoczył na galopującą żółtą krowę i śpiewając „Help” Beatlesów popędził w stronę zachodzącego słońca. Nagle…W tym momencie poczuł mocne szturchnięcie w ramię. Przymrużył oczy i z ulgą stwierdził, że zamiast stada bydła widzi przed sobą stado znajomych idiotów. Spojrzał na chłopaka idącego obok. Młody mężczyzna o ciemnej karnacji patrzył się na niego z miną sygnalizującą nagły, niekontrolowany wybuch śmiechu. Liam Payne nigdy nie mylił się, co do mimiki Zayna Malik’a. Znał go tak dobrze, jak siebie samego, a może nawet i lepiej.
Kilka metrów za nimi wlókł się niewysoki blondyn, z przykrywającą niemal w całości włosy zieloną czapką. Ręce schowane miał w kieszeniach jasnych spodni. Z głową spuszczoną w dół gapił się na czubki swoich butelkowych convers’ów. Myślał. Od wczorajszego wieczora ciągle o tym samym. Louis był taki szczęśliwy, kiedy dziękował mu za „tak genialne rady, co do Brooke”. Nialler nie wiedział dlaczego, ale od tego czasu złościł się sam na siebie. Bał się, że straci przyjaciółkę. Jeżeli nie będzie problemów, nie będzie powodów do płaczu i żalenia się, a co za tym idzie, nie będzie i rozmów. Nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłoby mu chodzić o coś zupełnie innego. ‘To Twój przyjaciel, nie możesz czuć czegoś więcej do jego dziewczyny. Tak się nie robi. Nie-ro-bi, przeliterować Ci to? Horan, Ty skończony baranie, musisz przestać. Dla niej i tak będziesz tylko małym, wiecznie szczęśliwym koleżką, znającym się na dobrej kuchni.’
Podeszli do budynku studia nagraniowego, pod którym tłoczyło się już grono rozszalałych nastolatek. Zarówno chłopaków, jak i Brooke i Sophie zawsze przerażał sposób, w jaki te biedne dziewczyny próbowały się do nich zbliżyć. Wręcz taranowały siebie nawzajem. Przepychając się, szturchając, kopiąc, a czasem nawet gryząc wykrzykiwały ich imiona, z nadzieją, że to właśnie ONE zostaną zauważone. Snuły plany o wielkiej miłości, podczas gdy zespół nawet nie wiedział o ich istnieniu. Parker zawsze im współczuła, a jednocześnie utożsamiała się z nimi. Nie miała pojęcia, że kiedyś spełni marzenia każdej z tych dziewczyn i pokocha jednego z nich z wzajemnością.
-No to zaczynamy, chłopaki. –krzyknął Michael – ojciec chrzestny Harry’rgo, a jednocześnie nauczyciel śpiewu, który przesłuchiwał i ćwiczył ich przed każdym koncertem.
„Get out, get out, get out of my head.”-wybrzmiało pięć niezwykłych, pełnych uczuć głosów.


-No już, przejrzyj się! –krzyknęła Emily popychając mnie w stronę zajmującego całą ścianę lustra. –I jak?
Spojrzałam na swoje odbicie. Nie stała tam ta sama nastolatka w potarganych spodenkach i zwykłym czarnym T-shirt’cie, a wysoka młoda kobieta w granatowej zwiewnej sukience, która doskonale podkreślała mleczny odcień jej skóry. Na nogach miała czerwone baleriny, o których włożenie toczyła największe bitwy. Kiedy miała założyć buty inne niż trampki i szpilki wolałaby już iść na boso. Sophie niemal siłą musiała wciskać je na jej nogi, ale czego się nie dla przyjaciół, prawda?
Zakręciłam się w miejscu z zachwytem patrząc na opadające fałdy sukienki. Obdarowałam dziewczyny szerokim uśmiechem. –Dziękuję. –szepnęłam, starając powstrzymać się cisnące się do oczu łzy.
-Ej, nie rycz mi tu, bo zaraz dołączę do tworzenia rzeki w środku twojego domu! –wykrzyknęła Sophie odruchowo ocierając policzki.


Wysiadłyśmy z samochodu mojego ojca. ‘Trzeba by w końcu zdać na to prawo jazdy.’
-To co, o dziesiątej w domu?
-Tato!
-Żartowałem, bawcie się dobrze. –rzucił i nacisnął pedał gazu.
Pod ogromną halą tłoczyły się już rzesze nastolatek. Ruszyłyśmy w stronę wejścia głównego, jednak dostanie się do środka okazało się niemożliwe. Przedostanie się przez to stado groziło utratą życia, więc postanowiłyśmy nie ryzykować.
-Chodźcie.- szepnęła Sophie ruchem głowy nakazując pójcie za nią. ‘Jeszcze jeden genialny plan.’ Szybkim krokiem ruszyłyśmy w stronę wejścia bocznego. Zza rogu obserwowałyśmy naprawdę dużych i naprawdę czarnych ochroniarzy spacerujących w tę i z powrotem długim chodnikiem. Wykorzystując chwilę ich nieuwagi. Podbiegłyśmy do drzwi i już wchodziłyśmy do środka, gdy nagle…
-Stać, natychmiast! –usłyszałyśmy głos jednego z pilnujących. –Nie chciało wam się czekać w kolejeczce to teraz, nie wejdziecie wcale, żegnam. –uśmiechnął się z szyderczym uśmiechem na ustach.
-Ale...-zaczęła Emily.
-Przestań. –uciszyła ją Evans. –Nie ma sensu rozmawiać, z dzikimi ludźmi trzeciego świata.
-Jak ja Cięzaraz!...-ochroniarz podwinął rękawy.
-Dobra.-skończyła brunetka i szybkim krokiem odeszła.
Usłyszałam dźwięk telefonu. Na ekranie widniał sms od Nialler’a – „Jesteście już? Wiem, że nie. Kiedy zawitacie? xx” ‘No to chwilę poczekasz, Horan. Hej, chwila…’ „Mógłbyś kazać kochanemu ochroniarzowi żeby jednak zdecydował się nas wpuścić? Btw. to dopiero czekoladka.”, wystukałam na klawiaturze. Usiadłyśmy na ławce słysząc piski dobiegające z wnętrza. Schowałam twarz w dłoniach. ‘No i po co Ci było to wszystko? Te sukienki, makijaże, fryzury, no, po co? Po to, kochana, żeby teraz jakiś większy od Ciebie dwa razy koleś zatarasował Ci wejście na największe wydarzenie muzyczne tego roku. Genialnie. Weszłabyś normalnie, jak każdy zwykły człowiek, ale nie, Ty nie możesz być normalna. Zawsze się musisz wychylać. Jeszcze się nie nauczyłaś, że nie wychodzi Ci to na dobre? Nie? To czas najwyższy.’ Z rozmyślań wyrwał mnie czyjś głośny krzyk, a następnie odgłos biegnących ludzi. ‘No co? To wydaje specyficzny odgłos!’
-Tu jesteście! –wykrzyknął Louis.
-Co wy tu…? Przecież teraz powinniście śpiewać.
-Oj, czekoladko, nie wiesz, że nawet największe gwiazdy spóźniają się na własne koncerty? –zaśmiał się Zayn niezwykle zadowolony, że po raz kolejny mógł zwrócić się do mnie tym idiotycznym przezwiskiem.
-Nie musielibyście gdyby ten pożal się Boże bramkarz nie udawał jeszcze większego, niż jest.
-Oho, widzę, że Sophie znalazła wroga numer jeden. –zażartował Harry.
-Ty jesteś zaraz po nim kochany. –odpowiedziała mu, obdarowując jednocześnie śnieżnobiałym uśmiechem.
-Może jednak już pójdziemy, wiecie…ONE czekają. –wtrąciła się nieśmiało Emily.
-A właśnie, chłopaki, to moja kuzynka –Emily; Emily, ty chyba znasz tych panów.
-Nawet nie wiedzą jak dobrze. –zaśmiała się.
Weszliśmy do długiego korytarza, którym dotarliśmy wprost za kulisy. Louis delikatnie objął mnie ramieniem. Wtuliłam się w niego otulona słodkim zapachem jego ciała. Wtedy naszła mnie myśl, że jeśli miałabym umrzeć, to właśnie w takiej chwili; żeby zapamiętać ją za zawsze.

Niall Horan stał w tym samym korytarzu oparty o ścianę. Nie mógł patrzeć na tę przepełnioną słodyczą scenkę. Chłopaki zauważyli u niego gorszy humor, ale wyłgał się głodem. Przecież nie mógł im powiedzieć, że jest zły, bo jego przyjaciel jest szczęśliwy z kimś, z kim on prawdopodobnie również by był. Usłyszał głos wywołujący ich na scenę. Westchnął głęboko i odbił się od chłodnej ściany.

Stanęli na podeście. Louis uwielbiał to uczucie. Adrenalina i euforia buzowały w nim, gdy usłyszał pierwsze takty „What makes you beautiful”. Wczuł się całkowicie w słowa i starając się zaśpiewać jak najlepiej z zamkniętymi oczami „przytulił” się do mikrofonu. Motywowało go także to, że obecna była tu dziewczyna, przez którą nie mógł ostatnimi dniami spać.
W pewnej chwili Tomlinson poczuł, jak bardzo kocha tę blondynkę. Poczuł, że musi jej o tym powiedzieć tu i teraz. Podążając za tym uczuciem przed „More than his” powiedział –Dla pewnej ślicznej złośnicy, która z każdym dniem coraz bardziej mnie zaskakuje. Jesteś niesamowita. –po czym spojrzał w stronę Brooke i mrugnął do niej porozumiewawczo.


Po dwóch godzinach od zakończenia koncertu, uwolnieni już od fanek chłopcy szli razem z nami ulicą. Noc była niezwykłe ciepła, nawet jak na panujące tu temperatury.
-To gdzie idziemy? Raczej wątpię żebyśmy o tej godzinie znaleźli jakieś niepodejrzane miejsce, w którym można by siąść. –odezwał się Liam.
-Co ty nie powiesz. –zadrwił Harry. –Chodźcie na plażę, co ty na to Niall?
-Wszystko mi jedno. –mruknął. ‘Ostatnio zachowuje się jakoś dziwnie. Muszę z nim pogadać…’ Spojrzałam na trzymającego mnie za rękę Louisa. ‘…Ale to później.’
Emily zatrzymała się nagle, gdy powoli zaczęliśmy kierować się w faktycznym kierunku plaży. Spuściła głowę w dół. Chyba nie była pewna czy jej wypada.
-Nie idziesz? Bez Ciebie nie ma zabawy! –krzyknęła Sophie z uśmiechem na ustach. ‘Czasami wydaje mi się, że polubiła ją bardziej niż ja.’  
Miałam dłuższą przerwę ze względu na to, że miałam szalenie duuuużo nauki. Jeżeli kogoś jakoś dotknął brak rozdziału to przepraszam, to chyba ostatnia taka przerwa w systematyczności.
Dedykuję ten rozdział Messy, która go długo wyczekiwała (albo udawała żeby mi zrobić przyjemność ;>)  W tak zwanym międzyczasie miała ona też urodziny, więc jeszcze raz happy birthday. KOCHAM CIĘ, MARTA!<3
Dedykuję go też Martyncy, którą również mocno kocham i która wykonała ten zacny nagłówek. <3

ŻEBRZĘ O KOMENTARZE. LUDZIE, JA NIE WIEM CO JEST ŹLE, A JEŚLI WAM SIĘ COŚ NIE PODOBA TO PISZCIE, POPRAWIĘ...TO NA TYLE;
Thanks for Reading,
Lof ju ;3

sobota, 10 marca 2012

#Rozdział trzynasty.


Nialler James Horan. Energiczny, wesoły, sympatyczny i niesamowicie uroczy chłopak. Rzadko się złości lub denerwuje. Kocha życie i ufa ludziom. Przykład optymisty. Ideał przyjaciela.
Ale kiedy Niall wszedł, nie, trzaskając drzwiami majestatycznie wkroczył do pokoju nawet w najmniejszym stopniu nie przypominał siebie sprzed paru godzin.
-Co Ty sobie do chuja wyobrażasz? - krzyknął prosto w twarz lekko zszokowanego Louisa.
-Oplułeś mnie. - powiedział z pretensją Tomlinson zupełnie ignorując pytanie.
-Ten jak zwykle o sobie! Dobrze, jeśli chcesz możemy porozmawiać o Tobie, samolubnym dupku, który zamiast biec do najwspanialszej dziewczyny, jaką poznał w życiu siedzi na dupie i wpieprza moje jedzenie!
-Rzeczywiście, w tym towarzystwie to ja myślę o sobie. –mruknął Lou.
-Martwię się o siebie, nie mówię, że nie, bo to chyba oczywiste, ale przynajmniej odwracam czasami uwagę od własnego tyłka.
-Ale od frytek nie byłbyś w stanie.
-Przestań! Sarkastyczne uwagi wcale Cię nie ratują. Powiesz mi coś? Masz zamiar jeszcze kiedykolwiek się do niej odezwać? Nie? No to muszę Cię zmartwić, Brooke będzie na koncercie, wszyscy mamy zamiar zaprosić ją i Sophie za kulisy i wyjść gdzieś razem później…
-Skąd wiesz, że będzie?
-Powiedziała mi. Nawet wczoraj wspominała…
-Wczoraj?! Widziałeś się z nią?! –Louis nagle odzyskał cząstkę zwykłej mu energii… Jednak nie na tyle żeby dobrowolnie podnieś się z podłogi.
-Człowieku, obudź się! Od tego waszego nieszczęsnego pocałunku spotykamy się codziennie. Ona potrzebuje towarzystwa, a Ty jesteś zbyt zajęty badaniem budowy włókien dywanu.
Tak na marginesie, mógłbyś tu czasem przewietrzyć.
-Czemu mi wcześniej nie powiedziałeś?!
-Nie wiedziałem, że tu jest tak duszno!
-Nie o tym mówię, idioto! Czemu mi nie powiedziałeś o Brooke? Jak ona się czuję? Co u niej nowego? Jak wyglądała?
-Jak się czuje? Nie jest w stanie zrozumieć, co Ci odpierdziela, ja z resztą też tego nie rozumiem. Ona chyba za Tobą tęskni, czego nie rozumiem jeszcze bardziej. Stary, nie wiem, co jest z Tobą nie tak, ale radzę Ci, zrób coś z tym.
-Myślisz, że ona chciałaby…zobaczyć się ze mną?
-Teraz chętnie wychodzi z domu, przyjechała do niej kuzynka. Słyszałem, że jest wredna, irytująca i przebiegła…O, to prawie tak samo jak Ty. W każdym razie, wyszłaby z Tobą chociażby po to żeby wyrwać się od rodziny.
-To, co…jak ja mam to zrobić?
Nialler podniósł leżący na łóżku telefon i rzucił go w stroną Tomlinsona.
-Łap, już jest sygnał! –krzyknął jeszcze blondyn, po czym wyszedł z pokoju.
-Popierdoliło Cię?! Ja się muszę zastanowić, co jej powiedzieć, a nie! Pomóż mi coś wymyślić! Słyszysz?! Horan, wracaj!
Ale Horan nie wrócił. Louis wyjrzał przez okno i zobaczył ubranego w czerwoną koszulkę chłopaka, który potrącając przechodniów pędził przed siebie. ‘Dureń.’


-Emily, wyłaź z tej łazienki! Co Ty tam tyle robisz?
-Nie wiesz, że piękno wymaga czasu? Układam włosy. Nie mogę się przecież tak pokazać ludziom! –usłyszała głos stłumiony odgłosem suszarki. ‘Jak nie wyjdziesz stąd w przeciągu 10 sekund to je wszystkie powyrywam!’
Spojrzałam na wyświetlacz telefonu i widniejącego na nim sms’a od Niall’a.
-Emily, do jasnej cholery, opuść ten lokal, bo się tam zaraz do Ciebie przejdę! Ja jestem umówiona! Gamoniu, otwieraj!
-Nie tak agresywnie kochana, bo Ci się zmarszczki porobią. –powiedziała kuzynka stając przede mną.
-Nie udawaj takiej inteligentnej, bo się jeszcze wyda. –uśmiechnęłam się sztucznie i zatrzasnęłam za sobą drzwi.
5 minut później zamknęłam drzwi frontowe i szybkim krokiem ruszyłam w kierunku centrum. ‘Przez tę popadającą w samouwielbienie lalę zaraz przejedzie mnie autobus, albo potrącę jakieś dziecko. I ja mam tak przetrwać miesiąc? Dziękuję, postoję.’
W oddali zauważyłam stojącego pośrodku chodnika blondyna.
-Niall! –wydarłam się zwracając uwagę wszystkich oprócz samego zainteresowanego. –Horan, głuchelcu! –nareszcie się odwrócił i powitał mnie promiennym uśmiechem. – I co? Rozmawiałeś z nim? Co powiedział? Oczekuję szczegółowej relacji!
-Ludzie, co wy wszyscy tace niewyżyci jesteście? Jeżeli to w ogóle można nazwać rozmową…to duże dziecko mnie ewidentnie ostatnio wkurza! Byłbym tu wcześniej, ale musiałem odreagować i zahaczyłem o McDonald’a.
-Też miałam być wcześniej, ale ktoś zupełnie przypadkiem postanowił się upiększać wtedy, kiedy ja akurat miałam wyjść.
-Emily?
-Ta. Niedługo skończy się dzień dobroci dla zwierząt i powiem tej jakże idealnej panience, co o niej myślę.
-Weź jej może zabierz żelazko czy coś. –Horan uśmiechnął się łobuzersko. Musiałam przyznać, że ma naprawdę ładny uśmiech.
-Bardzo śmieszne…Nieważne, powiedz mi lepiej, co tym razem ubzdurał sobie ten marchewkowy pacan.
-Miał do Ciebie zadzwonić i Cię przeprosić, ale twierdzi, że nie wie, co Ci powiedzieć.
-Niech sobie na kartce mowę napisze.
-To samo pomyślałem. A może…a z resztą, nieważne.
-No mów!
-Taki mi szatański plan przyszedł do głowy, ale to „poniżej Twojej godności”…może po prostu Ty powinnaś się do niego pierwsza odezwać?
-Wiesz, co o tym myślę?
-Doskonale.
-No właśnie.
-Nie martw się, coś wymyślimy. W ostateczności przywlekę go tu siłą.
-Dziękuję Ci, Niall. Jesteś najlepszy. –uśmiechnęłam się do niego. W ostatnich dniach był dla naprawdę jedynym oparciem. Sophie całe dnie spędzała z Harry’m. Cieszyłam się jej szczęściem, ale trochę brakowało mi tej dawnej przyjaciółki będącej przy mnie zawsze…’Co ja gadam? Jeżeli ten lokaty uśmiechnięty daje jej to, czego potrzebuje to chwała mu za to.’ Bałam się tylko jednego –żeby on Evans nie zranił. Dwie dziewczyny z połamanym sercem w tym samym pomieszczeniu? To nigdy nie wróży nic dobrego. Wydawało mi się, że mimo wszystko Haroldowi na niej zależy. ‘Gdyby było inaczej to nie dałby się pobić tylko po to, żeby zachować jej dobre imię, no nie?’
-Dla Ciebie wszystko. –powiedział i objął mnie przyjacielsko ramieniem. –Damy radę czekoladko. –dodał.


-Nie, nie ma Brooke. A kto pyta? –Emily znudzonym głosem rozmawiała przez uchylone drzwi z młodym, niebieskookim chłopakiem.
-Oh, dawno nie musiałem się przedstawiać. –uśmiechnął się blado jednak na lodowatej twarzy dziewczyny nie dostrzegł nawet cienia emocji. –Przekaż jej proszę, że Louis Tomlinson tu był.
-TEN Louis Tomlinson?
-Tak myślę.
-Możesz na nią poczekać jak chcesz, albo lepiej do niej zadzwonię i powiem żeby szybko przyszła, dobra? A Ty wchodź, nie stój w progu.
-Nie, naprawdę nie trzeba… -protesty jednak na nic się nie zdały. Blondynka krzątała się nerwowo po korytarzu z telefonem przy uchu.
-…Gdzie jesteś? Tak. Mhm. No to szybko. Po prostu się pospiesz!- zamknęła z dużą siłą klapkę telefonu i ukazując równiutki rządek śnieżnobiałych powiedziała –Jest w parku, już idzie.
-Dzięki. – krzyknął Louis i wybiegł z domu.
-Ale…-Emily znowu przybrała typową dla siebie minę stalowego robota. –Super.


Po przedwczesnym pożegnaniu się z Niall’em ruszyłam w stronę domu. Byłam dosyć zaciekawiona, co tym razem wymyśliła kochana kuzyneczka żeby zepsuć mi wieczór. Stanęłam przed przejściem dla pieszych. W lewo, w prawo i znowu w lewo. Przebiegłam przez jezdnię stawiając nogi tylko na białych pasach. Wlepiłam wzrok w kretyna biegnącego przez ulicę i zatrzymującego wszystkie samochody. Po chwili z przerażeniem stwierdziłam, że go znam. Ogarnęły mnie strach i niewyobrażalne szczęście. Chłopak zatrzymał się przede mną i próbował złapać oddech.
-Brooke, ja tak nie mogę. Przepraszam Cię. Tak cholernie szczerze Cię przepraszam. Przepraszam za to, że byłem, jestem takim tchórzem. Przepraszam, że nie dawałem znaku życia, że znowu zamknąłem się w pokoju jak ostatni egoista. Jeżeli zależy Ci na mnie, chociaż w jednej trzeciej tak jak mi na Tobie to wiem, że cierpiałaś. Za to przepraszam Cię najbardziej. I jeszcze jedno…przepraszam, że nie znalazłem siły żeby powiedzieć Ci, że…że, Brooke, ja Cię kocham.
-Cii..- uciszyłam go. Objął mnie i przyciągnął do siebie. Nasze usta złączyły się z taką samą delikatnością jak za pierwszym razem. Teraz żadne z nas nie miało najmniejszych oporów, było pewne tego, co robi. Przytulił mnie i wpił się mocniej w moje usta. Spojrzałam mu w oczy i odgarnęłam ręką grzywkę. –Kocham Cię- szepnął jeszcze raz. Przeszedł mnie lekki dreszcz. Nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa, więc przypięłam się do niego mocniej i pomyślałam, że ta chwila mogłaby trwać wiecznie.

******************************************************************************
 Cześć, jestem Gosia, mistrzyni beznadziejnych zakończeń. Mi też jest przykro, to nieuleczalne.
 Rozdział nudny jak flaki z olejem i żałosny jak nie wiem co. Wybaczcie, postaram się żeby następny był lepszy : ) x
Mimo wszystko mam nadzieję, że chociaż jednej osobie przypadnie on do gustu.

Teraz pragnę zaapelować do wszystkich, którzy czytają. Proszę o komentarze, nawet jak wam się nie podoba. Mam tu na myśli jakieś logiczne wypowiedzi, a nie coś w stylu 'żałosne dziecko, naucz się alfabetu.' Z góry dziękuję.
Lov U <3

niedziela, 4 marca 2012

#Rozdział dwunasty.

-…przypomniało mi się jak mówiłaś, że idziesz na koncert i postanowiłam przyjechać. Ty jesteś taka fajna i w ogóle! Ojej, jak ja się cieszę, że spędzimy razem caaały miesiąc! – ‘Miesiąc?! Czy da się na życzenie zapaść w śpiączkę? Tak optymalnie, na 31 dni…’ –Będziemy śpiewać, tańczyć, fajnie się ubierzemy, pomalujemy i uczeszemy! Nie mogę się doczekać! –mówiła podekscytowana nastolatka. Ten monolog prawdopodobnie wyglądałby zupełnie inaczej gdyby nie fakt, że przyglądały mu się także moja matka i jej mieszkająca w rodzinnym Paryżu siostra –Meredith. Jeszcze przed moimi narodzinami mama przeprowadziła się do Stanów. Chciała odkrywać świat, poszerzać horyzonty, iść na dobre studia…pobyt w Europie to, w jej przekonaniu, za mało. Właśnie, dlatego tak rzadko spotykam krewnych. Kiedyś mi to nawet przeszkadzało. Teraz rodzinne obiadki, wysłuchiwanie jak bardzo się zmieniłam i mówienie ludziom, których widzę trzeci raz w życiu, że za nimi tęskniłam stały się po prostu męczące. Nie uśmiechał mi się, więc spędzenie połowy wakacji z młodszą o rok kuzynką, a zwłaszcza, jeżeli była nią Emily. Anielska twarzyczka, słodki uśmiech, dokładnie rozczesane włosy i perfekcyjnie ułożona granatowa, plisowana spódniczka. Pozory. Ta dziewczyna to czyste zło. Nawet, kiedy byłyśmy dziećmi kradła mi zabawki i wrabiała w zjedzenie ciastek.
Czułam na sobie jej chłodne spojrzenie, gdy siedząc w pokoju podziwiała wystrój.
-Od początku chciałam Ci zadać jedno pytanie…Czy to prawda, że jesteś z Louisem Tomlinson’em? –spytała tak niewinnie, że prawie uwierzyłam, że za tym pytaniem nie kryje się jakiś niecny plan.
‘Pieprzony Internet’ –No wiesz…- niezmiernie korciło mnie żeby powiedzieć coś w rodzaju „Tak, jesteśmy szczęśliwi”, ale…-…spotkaliśmy się kilka razy, to wszystko.
Uśmiechnęła się złośliwie. ‘Widziałam, że ucieszysz się z tego, że u mnie nie jest idealnie.’ Nie mogłam znieść wyrazu jej twarzy, więc dodałam –Ale zdradzę Ci sekret, świetnie całuje. –po czym z dumnie podniesioną głową wyszłam z pokoju.


Tymczasem Harry Styles i Sophie Evans stanęli przed budynkiem włoskiej restauracji. Dziewczyna już uspokoiła się po przejażdżce z kimś, kto niedawno przestał ssać smoczek i kto nie ma bladego pojęcia o zasadach ruchu drogowego. Poczuła nieopisaną ulgę, gdy stanęła stabilnie na chodniku.
-Sophie? –usłyszeli głos wysokiego mężczyzny, który zmierzał w ich stronę. –Pamiętasz mnie?
-Eric. –szepnęła. –Jak mogłabym zapomnieć? –dodała oschle.
-Ach tak, te gorące pocałunki, te rozmowy, te noce…
-Te siarczyste policzki, te gorzkie łzy/.
-Przesadzasz, było nam razem wspaniale.
-Chyba żartujesz! Eric, zdradziłeś mnie i zostawiłeś. Nie mam dla Ciebie szacunku, ani nawet litości. Takich jak Ty powinno się najpierw kastrować, a potem skazywać na puliczną egzekucję.
-Ten Twój cięty język…zawsze mnie pociągał. Widzę, że nie mnie jednego. –skinął na stojącego dotychczas z boku Harry’ego.
-Chodź. –powiedziała Sophie i pociągnęła Styles’a za rękaw. –nie traćmy czasu na rozmowy z tą bezuczuciową istotą, która martwi się tylko o to żeby mieć gdzie wepchnąć…no właśnie.
-Te chłoptasiu, uważaj na nią. W gębie jest mocna, ale jak przyjdzie, co, do czego to dotknąć się nie da. Teraz pewnie żałuje, że do mnie nie wróciła i prowadza się z dziećmi, które dopiero, co wyszły z piaskownicy, tacy nie oczekują zbyt wiel… -chłopak jednak nie mógł dokończyć tej jakże burzliwej wypowiedzi gdyż został uciszony ciosem prosto w twarz.
Harold stał przed nim i patrzył na niego z pogardą. Oddychał głęboko i szybko. Bardzo starał się opanować złość i nie rzucić się na skulonego Erica, który próbował zatamować cieknącą z nosa krew. Były chłopak Sophie od dziecka wychowywany był na zwycięzcę. I tym razem nie zamierzał się poddać. W jednej chwili doskoczył do Styles’a i całą siłą naparł na niego przewracając na ziemię. Krew, wyzwiska, twarze wykrzywione w bólu. Evans osunęła się na kolana i ze łzami w oczach przyglądała się całemu zajściu. Dlaczego nikt nie reagował?
-Stop! –krzyknęła rozpaczliwie. Eric jak oparzony zerwał się na nogi. Ciężko dyszał. Ze spojrzeniem pełnym nienawiści syknął do dziewczyny –I Ty, i Twój ukochany od siedmiu boleści jeszcze mnie popamiętacie.
Następnie otarł krew z ust i odszedł.
Styles dalej leżał na ziemi. Nie ruszał się. Sophie nie była pewna czy oddycha, przed oczami miała już najtragiczniejszy obraz.
-Harry! –zawołała mu prosto w twarz. Oczy zaszły jej łzami. –Harry! Powiedz coś! Harry…-wybuchła głośnym płaczem.


-…od tego czasu nie dawał znaku życia. – kończyłam swoją opowieść, a raczej historię miłości. Siedziałam na plaży u boku Niall’a Horan’a. Nie wytrzymałabym w domu ani chwili dłużej, a pierwszą osobą, o której pomyślałam był właśnie on. Musiałam z kimś porozmawiać, gubiłam się już. Miałam też cichą nadzieję, że powie mi jak czuje się Louis. Czy nie odzywa się, bo już nie chce mnie znać, czy może też się boi? Kochany blondyn jak zwykle mnie nie zawiódł.
-Wiesz, jaki jest Lou…generalnie to życie traktuje, jako dobrą zabawę. Metoda na każde zło świata jest jedna-szeroki uśmiech. I nie robi mu różnicy czy chodzi o wojnę, głód w Afryce czy małe chińskie rączki. W sprawach kontaktów z płcią przeciwną jego smutek wygląda trochę inaczej. Chodzi cały dzień przybity, a jeżeli ktokolwiek spróbuje się do niego zbliżyć to zaczyna gryźć. –widząc moje pytające i lekko drwiące spojrzenie sprostował. –No dobra, może nie gryzie, ale nie jest zbyt miły. Najgorszy jest sposób, w jaki odreagowuje tę rozpacz, doprowadza mnie wtedy do szału!
-To, co on takiego robi?
-Nie odchodzi od lodówki! Zakupów to nie ma, kto robić…
Zaśmiałam się.
-Nie rozumiesz powagi sytuacji? A jak popadnę w anoreksję, umrę z głodu albo wpadnę w depresję?
-Nie martw się Niall, to Ci akurat nie grozi.
Teraz on się zaśmiał. To niesamowite jak dobrze się dogadywaliśmy. Kto by pomyślał, że w tym maniaku jedzenia znajdę przyjaciela? Przyjaźń wymaga jednak szczerości, a jeśli chodzi o uczucia to ukrywanie ich mam opanowane do perfekcji. ‘Musisz się otworzyć, kiedyś i tak będziesz musiała.’
-Słuchaj…mógłbyś z nim pogadać o…nas? –spytałam trochę niepewnie.
-Jasne. Zrobię wszystko żeby zrozumieć, dlaczego ten debil zachowuje się jeszcze idiotyczniej niż zwykle. Boże, jaki on jest głupi…
-Kochasz go, nie? –uśmiechnęłam się. Przecież o Sophie mówiłam tak samo, a kocham ją najmocniej na świecie.
-Jak brata, ale to nie zmienia faktu, że jest głupi.
Kolejna porcja śmiechu.
-Brooke?
-Tak?
-A Ty go kochasz? –‘Nialler, błagam, nie zaskakuj mnie takimi pytaniami!’
-Nie wiem, to wszystko jest takie nowe, świeże. Nie jestem pewna czy można kogoś pokochać w tak krótkim czasie.
-Znam historię o dziewczynie, która porzuciła narzeczonego dla kucharza, który miał upiec tort na jej ślub. Chętnie Ci ją opowiem przy jakiś pożywieniu. Ja naprawdę głoduję przez te humory Tomlinsona!


Ból.
Zaraz rozsadzi mu czaszkę.
Po co pił? Po co jadł? Po co w ogóle wychodził z pokoju? Od ostatniego spotkania z Brooke nie był sobą. Nie zachowywał się jak pogodny i zabawny Louis, ani się takim nie czuł. Czuł się żałosny i obolały. Tylko dzisiaj wybrał jej numer 27 razy. ‘Czy naciśnięcie zielonej słuchawki to dla Ciebie aż tak duży wysiłek? Chłopie.’ Całymi dniami szukał pretekstu żeby stanąć pod jej drzwiami. Jedyne, co go powstrzymywało to strach, że gdy zobaczy jej twarz ucieknie lub padnie przed nią na kolana. Nawet nie wiedział, co miałby jej powiedzieć. Przeprosić? Cóż, z teoretycznego punktu widzenia ona popełniła taki sam błąd. A może powinien wykrzyczeć jak bardzo mu jej brakuje? A co, jeśli go wyśmieje? Nie, to zbyt niebezpieczne. Musi zachować, chociaż resztki honoru. ‘Nawet, jeśli te resztki można dostrzec tylko pod mikroskopem.’ Rozpatrywał też przypadkowe zderzenie się z nią. To wydało mu się jednak zbyt tchórzliwe. W chwili desperacji myślał też o tym, aby ją śledzić. Tak strasznie chciał ją zobaczyć, usłyszeć jej głos. Jak on się zachowuje? Jak mały, niedojrzały gnój. Nawet Harry i Niall poszli gdzieś dzisiaj. On siedzi sam w domu. Dlaczego? Bo boi się, że przypadkiem będzie musiał opowiedzieć o tym, co przeżywa dziewczynie, którą prawdopodobnie bardzo kocha. Dla Louis’a nie miało to najmniejszego sensu. Zwlekł się z łóżka i w stercie płyt odszukał „Nevermind”. Włożył niebieski krążek do odtwarzacza i położył się pośrodku pokoju. Teraz czekał na głos, który dotychczas pomagał mu w chwilach załamania. Ukojenie, którego szukał zniknęło wraz z pierwszymi taktami piosenki. ‘Cholera, przecież mówiła, że to jej ulubiony zespół.’ Podświadomość jest naprawdę okrutną rzeczą. Naglę drzwi do pokoju z hukiem otworzyły się i stanął w nich Nialler James Horan w pełnej okazałości.
-Co Ty sobie do chuja wyobrażasz?! –krzyknął blondyn i przełknął kawałek czekoladowego batona.
 ***********************************************************************
 Wyrobiłam się na niedzielę, jestem z siebie dumna.
 Nie wiem czy w tym tygodniu uda mi się dodać nowy rozdział bo nauczyciele umówili się żeby uprzykrzyć mi życie. Postaram się, ale nie obiecuję bo mi w głowie teraz siła wyporu działa na zaimek pędzący po dolinie roślin nagonasiennych.

A tak w ogóle to gratuluję Nadii, że nareszcie dowiedziała się, że jeśli chcę się coś napisać to trzeba się zalogować. Lepiej późno, niż wcale ; )

niedziela, 26 lutego 2012

#Rozdział jedenasty.

„Jesteś taki głupi, taki słaby, taki tchórzliwy…”, mówił sobie Louis spacerując samotnie alejkami parku. Poczucie winy, świadomość porażki i tego, że zabrakło mu odwagi do wypowiedzenia ośmiu głosek bardzo uraziła jego chorą męską ambicję. Była tak blisko, dotyk jej ust wyrażał tyle rzeczy… on też chciał jej coś powiedzieć, ale nie umiał. Słowa stawały mu w gardle jakby nie do końca wiedział czy parafii unieść brzemię i ewentualne konsekwencje tego wyznania. Usiadł na ławce i ukrył twarz w dłoniach. Odrzucenie, kłamstwa, śmiech. Te uczuci znał aż za dobrze. Odczuwał je z każdej strony. Media, Internet, gazety i inne środki masowego przekazu. Ludzie nienawidzący go nie wiedząc, jakim jest człowiekiem. Albo te wszystkie dziewczyny, które były z nim tylko po to, aby się wypromować. Zdarzały się też takie suki, które rozkochiwały go w sobie, żeby potem wyśmiać, opuścić, zranić i cieszyć się z poniżenia słynnego Tomlinsona. Brooke była inna, niczego nie udawała. Wszystkie uczucia miała wypisane w tych dużych, zielonych oczach. Podniósł głowę i utkwił wzrok w dwojgu ludzi przechodzących obok niego. Obejmowali się, śmiali. „Czy z nami kiedykolwiek też tak będzie?” Te, czasami, złośliwe uwagi, te złote włosy spływające miękko po jej ramionach, te delikatne rysy, lekko wystające kości policzkowe, piękne dłonie, których dotyk sprawiał, że przechodził go przyjemny dreszcz. Kochał ją i tak desperacko bał się jej o tym powiedzieć.


‘On a cobweb afternoon in a room full of emptiness by a freeway i confess I was lost in the pages’ zanuciłam siedząc na plaży i wbijając wzrok w morze. Było spokojne, fale leniwie uderzały o brzeg. Zamknęłam oczy, położyłam się na piasku i wsłuchałam się w szum wody. Jak to było? Wieczór, próg mojego domu, on, ja i niespodziewana przyjemność związana z dotykiem jego ust. Nawet nie wiem ile razy przypominałam sobie to zdarzenie. Każdy najdrobniejszy szczegół, delektowałam się najmniejszym fragmentem tego wspomnienia. To wszystko nadal było dla mnie czymś w rodzaju marzenia albo snu. Nigdy bym nie pomyślała, że ja i Louis…razem? Mimowolnie się uśmiechnęłam. W porządku, może trochę mnie irytował tym lekkim (!) narzucaniem się, może i jest z zupełnie innego świata, może i wyjście z nim gdziekolwiek stanowi zagrożenie dla zdrowia i życia, ale lubiłam tego wariata. Miał poczucie humoru ‘Czasem aż za dużo.’, zdarzało mu się przejawiać nawet cechy romantyzmu, w dodatku rozumiał, co było dla mnie dość dużym zaskoczeniem. Sama łapałam się na tym, że często moje myśli powracały do jego pięknej twarzy.  Ślicznie wykrojone usta, błękitne oczy, idealne włosy… ‘No i oczywiście te gatki we wszystkich kolorach tęczy.’ Każda cząstka jego ciała wydawała mi się tak cudowna, perfekcyjna. ‘Tak, Brooke, zakochałaś się.’ Westchnęłam głęboko i wstałam otrzepując się z piachu. Następnie ruszyłam brzegiem morza przyglądając się z zainteresowaniem turystom.



Brunetka biegła przez korytarz ślizgając się na swoich różowych skarpetkach. W ustach miała szczoteczkę do zębów, a przez ramię przerzucony ręcznik. Telefon dzwonił. Dziewczyna nerwowo zaczęła odgarniać porozrzucane ubrania w poszukiwaniu komórki.
-Tak? – powiedziała wreszcie wycierając resztki piany z buzi.
-Sophie? Hej, tu Harry. Pamiętasz mnie, prawda? – odezwał się zdenerwowany głos w słuchawce.
-Nie, nie kojarzę.
-No, ale jak to? No Harry, Harry Styles, Harry z…
-Przecież żartuję, jasne, że Cię pamiętam. –przerwała mu.
-Oh…już prawie Ci uwierzyłem. –westchnął i zaśmiał się cicho. –Dzwonię, bo, bo chciałem się spytać czy nie poszłabyś…czy nie chciałabyś pójść ze mną …gdzieś.
-Chętnie. Poza tym w „gdzieś” jeszcze nie byłam.
-No bardzo zabawne. Chciałem Cię zabrać na spacer, o. Albo na kolację! Co Ty na to? Ty, ja, świece i inne takie duperele? Świetnie, przyjadę po Ciebie o ósmej, może być?
„Chyba rowerem.”, prawie jej się wyrwało.
-W porządku, do zobaczenia. –szepnęła i rozłączyła się.
Nowa wiadomość, utwórz wiadomość. „Mam RAAANDKĘ!”, wystukała na klawiaturze czarnego blackberry. Wyślij do, Brooke.


Szłam ulicami miasta. Dochodziła piąta. Słońce potwornie ogrzewało moje, i tak spalone już ramiona. Minęłam właśnie grupkę roześmianych nastolatek. Ubrane w kolorowe koszulki z bohaterami kreskówek radośnie sączyły napoje. Wszystkie mocno umalowane, w bardzo krótkich spódniczkach, z rozpuszczonymi włosami cieszyły się początkiem wakacji. ‘Aha, rodzice nie pilnują, nauczyciele się nie czepiają to laski stadem wyszły na podryw.’
-Aaaaaaa! Wiecie, kto to jest?! –krzyknęła jedna upuszczając sok, który wesoło zatoczył półkole pod jej nogami i pokazując na mnie pacem.
-To ona! No, ta, która chodzi z Louisem z One Direction! –wrzasnęła druga przykuwając uwagę wszystkich przechodniów.
-Iiiiiiiiiiiiiii! Jak ona się nazywa?!
-Brooke! –zawołały do niej chórem i spojrzały na nią jakby właśnie obudziła się z zimowego snu.
Uśmiechnęłam się do nich, na co odpowiedziały mi kolejną serią pisków. ‘Przyzwyczajaj się Brooke, niedługo zaczniesz rozdawać autografy.’ Stanęłam przed szybą “Life passes away, the sweetness remains”. Patrząc na witrynę poczułam nieodpartą ochotę na kawę. Otworzyłam drzwi i weszłam do chłodnego pomieszczenia.


Sophie Alexis Evans usłyszała dzwonek do drzwi. Stukając niebotycznie wysokimi obcasami o marmurową posadzkę szybkim krokiem przeszła przez korytarz i otworzyła. Uśmiechnęła się ciepło do długo wyczekiwanego gościa. Stał przed nią wysoki brunet o zielonych oczach. Brązowe loki opadały mu na czoło. Na jego twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech, przy którym w policzkach pojawiły się urocze dołeczki. Chłopak miał na sobie koszulę i jasne rurki. Był taki piękny, ale w tej chwili zupełnie nie zdawał sobie z tego sprawy. Niemal z otwartą buzią wpatrywał się w śliczną dziewczynę stojącą naprzeciwko niego. Długie włosy spadające na jej delikatne, jasne ramiona, czekoladowe oczy spoglądające na niego spod długich, ciemnych rzęs. Ubrana w lekką, zwiewną, turkusową sukienkę, na nogach miała zielone szpilki. Wyglądała bardzo dziewczęco, a jednocześnie tak bardzo sexy, że chłopak nie mógł oderwać od niej wzroku.
-Witaj Harry. –powiedziała cicho robiąc krok w jego stronę.
-Witaj Sophie. –odpowiedział swoim lekko zachrypniętym głosem. –Wyglądasz niesamowicie.
-Dziękuję. – odrzekła i spojrzała na zaparkowany pod domem czerwony samochód.
-Hej, czy to nie jest auto Louisa?
-Taa, myślisz, że zauważy?
-Nie, no co Ty. –odpowiedziała spoglądając krzywo na niego. –Chwila, Ty nie masz prawa jazdy!
-Oj, to tylko papier! Przecież prowadzenie tego grata to nic trudnego.
-Oświadczam, że do niego nie wsiądę. Chciałabym dożyć przynajmniej trzydziestki! –postanowiła. Harry jednak nic sobie z jej protestów nie robił.
-Jeżeli nie wejdziesz tam dobrowolnie to trzeba będzie Cię tam zaciągnąć siłą.
-Czekam. Ja się nigdzie nie wybieram. Moim marzeniem nie jest śmierć w wypadku samochodowym. Jeżeli chodzi o zakończenie życia to mam trochę większe ambicje.
-Dziewczyno, czy Ty musisz wszystko utrudniać? –spytał Styles. Nie otrzymawszy odpowiedzi uśmiechnął się łobuzersko i wypowiedział słowa w wielu budzące grozę –Sama tego chciałaś.
Następnie złapał zaskoczoną Sophie w tali i podniósł ją do góry. Dziewczyna zaczęła się wyrywać, ale nie udało jej się rozluźnić jego uścisku. Chłopak spokojnie zaczął iść w stronę samochodu cicho pogwizdując.
-Czy Ty już do reszty zgłupiałeś?! Natychmiast mnie postaw! Haroldzie rozkazuję Ci mnie puścić, rozumiesz?!
Jednak brunet nadal niewzruszony jej krzykami jedną ręką otworzył drzwi i posadził Sophie na skórzanym siedzeniu.  Dziewczyna zrozumiała, że nie wygra. Poprawiła sukienkę, a kiedy chłopak również wsiadł do auta spiorunowała go spojrzeniem, które on zupełnie zignorował.
-Hej, hej, ale zapnij pasy. Chyba nie chcemy, żeby coś się stało, prawda? -odezwał się niewinnie, po czym dumny ze świetnego żartu przekręcił utkwiony w stacyjce kluczyk.


Wolno ruszyłam w stronę domu. Nie spieszyło mi się. Jeżeli miałabym szczęście to może trafiłabym na któreś z rodziców, z którym zamieniłabym najwyżej dwa zdania. To musiałaby być jednak bardzo wyjątkowa sytuacja. Zazwyczaj po powrocie ze szkoły siedziałam sama do późnego wieczora. Niedziela był jedynym dniem, który spędzaliśmy wspólnie. Nie, wspólnie to za dużo powiedziane. Po prostu przebywaliśmy w jednym pomieszczeniu, a każdy pochłonięty swoimi sprawami nawet drugiego nie zauważał. Tak czy inaczej, nie miałam potrzeby żeby dotrzeć tam szybko. Leniwie przesuwałam nogi po ziemi. Miałam ochotę iść gdzieś, zrobić coś, ale zupełnie nie miałam pojęcia, co. Wtedy pierwszy raz zatęskniłam na Louisem. ‘On na pewno nie pozwoliłby mi wracać tak wcześnie. Na pewno realizowalibyśmy teraz jeden z jego miliona niedorzecznych pomysłów.’ Z tą myślą minęłam dom mojej sąsiadki, pani Mayer. Zajrzałam do torebki w poszukiwaniu kluczy. ‘O nie! To znowu Wy! Wstrętnie gremliny, oddajcie mi klucze!’ Znalazłam. Podeszłam do drzwi i już miałam otwierać, kiedy zobaczyłam, że są uchylone. Wystraszyłam się. Tyle się słyszy o tych wszystkich gwałcicielach mordercach. Wizja mnie zakopanej żywcem w ogródku jakoś niezbyt mi przypadła do gustu. Stanęłam w przedpokoju. Z kuchni dobiegał serdeczny kobiecy śmiech. Niepewnie zajrzałam do swojego pokoju. Na łóżku siedziała drobna blondynka o bardzo jasnej cerze. Na mój widok wykrzywiła usta w sztucznym uśmiechu. Na początku nie miałam pojęcia, kto to jest. Zaraz, już gdzieś widziałam te pełne zazdrości i nienawiści oczy. Ta ‘radość’ też była mi znajoma…
-Emily…-szepnęłam i pomyślałam, że cokolwiek ona tu robi, to nie wróży nic dobrego.

**********************************************************************************
SKOŃCZYAŁAAAM :D
Wiem, że może nie jest najlepszy, ale cieszę się, że się wzięłam za jego dokończenie bo już myślałam, że się nie zmotywuję.

Normalnie, poszłam w ślad techniki i zrobiłam tu takiego bajera jak licznik odwiedzin. Nie przeraźcie się 'zadziwiająco dużą' liczbą odwiedzin bo jest on tu od kilku dni, a nie od początku istnienia tego bloga. Chociaż powiem Wam szczerze, że jak dla mnie to i tak bardzo dużo, nie spodziewałam się, że ktokolwiek tu wchodzi kiedy nie robię masowego spamu na twitterze ; )

Nagłówek to moje dzieło -> dziewczyny, która nigdy chyba nie widziała photoshopa. No ale nadal się uczę ^ ^

To jest blog mojej drogiej nadwornej lamy, którą mocno kocham  http://believeinyourdreams-onedirectionstory.blogspot.com/  wchodźcie jeśli chcecie ; ) Ona nie wierzy w to jakoby miała jakiekolwiek umiejętności, więc miłe komentarze na początek na pewno poprawią jej humor.

Jeszcze raz dziękuję, że czytacie ♥

piątek, 17 lutego 2012

#Rozdział dziesiąty.

Środa, 24 czerwca. Kolejny słoneczny dzień w Californii, ale ten dzień był wyjątkowy. Wstałam zadziwiająco wcześnie. Starannie dobrałam ubrania i ułożyłam włosy. Na zjedzenie śniadania, ale w moim przypadku to akurat nic nowego. Spojrzałam w lusterko. ‘Tak uroczej Brooke to jeszcze nie było. Mistrzyni kamuflażu.’ Wysokie szpilki, czarna spódniczka, biała koszula, opadające na ramiona długie, blond włosy i ta niewinna twarzyczka. Zachwyt nad własnym wyglądem przyćmił całkowicie domagający się pożywienia żołądek. ‘Mogłabyś zawsze starać się tak „wyładniać”. Próżna dziewczyno, nie jesteś brzydka.’ Usłyszałam dzwonek. ‘Pewnie Sophie, jak zwykle punktualna.’ Uchyliłam drzwi, moim oczom ukazała się uradowana twarz…Louisa.
-Co Ty tu robisz?!
-Myślałaś, że przegapiłbym możliwość rozśmieszania Cię na najbardziej stresującym wydarzeniu w życiu każdego nastolatka?
-Szczerze mówiąc, to tak. Nie sądziłam, że wpadniesz na tak chory pomysł jak pójście ze mną na rozdanie dyplomów. Oczywiście wziąłeś pod uwagę to, że możesz zginąć? Tłumy dziewczyn zakochanych w One Dierection…rozdeptanie, rozkoszna perspektywa śmierci.
-Jestem gotów zaryzykować życie żeby zobaczyć Cię w tej idiotycznej czapce. A zresztą umiem się ukryć, ciemne okulary, peleryna niewidka. Będę jak tajniak, albo ninja.
Chciałam właśnie poczęstować go jakąś niezwykle inteligentną uwagą, ale przeszkodził mi  w tym głos Sophie, która ubrana w granatową sukienkę stała na chodniku i przyglądała się naszej konwersacji.
-Nie wiedziałam, że mamy towarzystwo. –powiedziała tłumiąc śmiech.
-Ja też nie. –odpowiedziałam rzucając Louisowi nienawistne spojrzenie.
-Oj, Czekoladko, nie denerwuj się. Ja to robię dla Twojego dobra i lepszego samopoczucia. –uspokajał mnie.
-Jak Ty mnie świetnie znasz, wzruszyłam się.
Ruszyliśmy w stronę budynku szkoły. 12 lat codziennego przychodzenia w jedno miejsce. Ogromny, ciemny gmach widział jak dorastałam, jak wznosiłam się po szczeblach edukacji.
Weszliśmy na ogrodzony teren, ogród, boisko. Miejsce spotkań, spisywania prac domowych oraz powstania większości moich urazów. ‘Dwa razy złamana ręka, pięć razy skręcona kostka, wybity bark. Kocham wychowanie fizyczne i gry drużynowe!’
Przestronne korytarze zawsze tętniące życiem teraz były zupełnie puste co jeszcze bardziej uwydatniało ich ogrom. Wszyscy udali się do wielkiej sali.

Ukończenie szkoły, wydarzenie upewniające rodziców, że ich dzieci posiadają jakąś wiedzę i wyrosną na porządnych ludzi. Cóż, ciężko im zrozumieć, że ich skarbeńki są już dorosłe…z moimi rodzicami nie było inaczej. Ta akademia była dla nich bardziej emocjonująca niż dla mnie samej. Tak ważna, że aż postanowili opuścić na jeden dzień ich największą miłość – pracę. Rozejrzałam się dookoła, niegdzie nie mogłam znaleźć deptującego mi dotychczas uradowanego Louisa. Szczerze mówiąc, zaczynał mnie powoli irytować.
-Widziałaś gdzieś to dziecko szczęścia? –szepnęłam do przyjaciółki. Ona tylko wzruszyła ramionami. Widząc jednak moją rozczarowaną minę dodała ironicznie –Może siedzi z fankami w jakimś zacisznym miejscu…
Gdyby wzrok mógł zabić to Sophie Alexis Evans datę 24 czerwca miałaby wypisaną na nagrobku. ‘Czyżbyś była zazdrosna? Nie, niemożliwe, nie ma takiej faken opcji. Pewnie stoi z boku, albo sobie poszedł, a może rzeczywiście te hieny go dorwały i teraz gdzieś tam biedny leży i zdycha.’
Potem wszystko działo się tak szybko…wielka scena, przemówienie, odebranie najważniejszego świstka papieru w mojej naukowej karierze i tłum. Masa ludzi, którzy po skończonej uroczystości tratowali się nawzajem, aby dostać się do bliskich.
Nagle, ktoś złapał mnie za rękę.
-Louis! Gdzie byłeś?
-A co, tęskniłaś? –zapytał i objął mnie ramieniem. Poczułam słodki zapach jego perfum, który na chwilę lekko mnie odurzył, ale szybko odzyskałam swój stały, wredny charakter.
-Bardzo. –mruknęłam, odsunęłam się i odeszłam ciągnąc go za sobą. Postanowiłam znaleźć rodziców, ale okazało się gorzej niż niemożliwe.
-Gdzie jest mama Brooke Parker?! Ręka do góry! –wydarł się Lou. ‘Czy on naprawdę chce pozbawić mnie słuchu?! Jeszcze raz i uderzę go w twarz.’ Jego metoda „na dziecko zgubione w supermarkecie” okazała się jednak zadziwiająco skuteczna, po chwili stukając wysokimi obcasami podbiegła do nas kobieta w rozpiętym płaszczu i z torebką przerzuconą przez ramię. Za nią dreptał mężczyzna w białej koszuli i jasnych jeansach. Patrzył na żonę wzrokiem pt. „zgubiłaś się dziewczynko?” i pewnie po raz kolejny zadał sobie pytanie, jak taka roztrzepana kobieta może ratować ludzi.
-Oh, Brooke, tu jesteś! Wyglądasz pięknie, po mamusi. –‘Skromna kobieta.’ –mówiłam Ci już, to przyjeżdża? Tak, dobrze myślisz, babcia nas odwiedzi. Zrobiłam potrawkę z marchwi… -spojrzałam na Louisa, uśmiechnął się. –Lubicie marchewki? To cudownie! Mam jeszcze dwie sałatki, ryby…zachciało jej się na starość wegetarianizmu…jest tam jeszcze jakieś ciasto, myślicie, że starczy? –to pytanie zadała bardziej do siebie niż do nas.
-To co? Medycyna czy prawo? –szturchnął mnie ojciec.
-Ciężka decyzja, zastanawiam się co jest większym prestiżem. Chyba rzucę monetą bo nie udźwignę brzemienia tej decyzji. Albo wiem, ciągnijmy zapałki.
-Twój przyjaciel zje z nami obiad, prawda? –przerwała mama jak zwykle nie przejmując się rozmową innych.
-Wiesz co, on chyba nie ma czasu…
-Wręcz przeciwnie, akurat wyobraź sobie, że mam chwilę. Chętnie spotkam się z Twoją uroczą rodziną.
-Doskonale! Chodźmy, szybko…Czy mi się wydaje czy tu jest duszno?
Louis był niezmiernie dumny z faktu, że może mnie jeszcze podręczyć. Śmiał mi się prosto w oczy tym cholernie słodkim uśmiechem. ‘No to ładnie, kolejna kompromitacja w tym tygodniu. Człowieku, jesteś magnesem na pecha, idź się gdzieś schowaj, bo sobie jeszcze krzywdę zrobisz.’

Rodzina wybrała samochód, wygodny środek transportu, który mój ojciec zmienia średnio raz na 3 lata. My woleliśmy spacer…a raczej ja wolałam. Zdecydowanie musiałam ochłonąć, za dużo wrażeń w zbyt krótkim czasie. Szliśmy wolno, w milczeniu. ‘Co mu strzeliło do głowy? Louis Tomlinson chce odwiedzić mój dom i poznać moją rodzinę. On akurat jak nikt inny powinien cenić prywatność. A moja matka? Pierwszy raz widzi na oczy chłopka i już go do nas zaprasza. Gdyby nie siedziała 24 godziny na dobę tym swoim szpitalu to może wiedziałaby, kim on jest, ale w obecnej sytuacji nie zorientowałaby się nawet gdyby stanął przed nią Elvis Presley. I co ja mam teraz zrobić? Nie wiesz? Jedyne, co możesz zrobić to jak zwykle, przetrwać.’

Doszliśmy do sporego, jasnego budynku powszechnie uważanego za mój dom. Podeszłam do drzwi. Wzięłam głęboki oddech i nacisnęłam klamkę.
-Idziesz? – spytałam nadal stojącego na chodniku Louisa.
-Czekałem, aż spytasz. Nieładnie tak wpraszać się bez zaproszenia.
Niesamowicie mnie tym stwierdzeniem rozbawił, co jak mi się wydaje było jego celem. Prowadziłam teraz prawdziwą walkę ze swoją szczęką. Za żadne skarby nie chciałam przerwać powagi, którą zachowywałam od wyjścia ze szkoły.
Stanęliśmy w korytarzu. Nie bardzo wiedziałam, co mam teraz zrobić. Na szczęście niezręczną ciszę przerwał dobiegający z kuchni głos. „Co mam nie przeszkadzać?! Nie widziałam wnuczki od świąt, więc chyba mogę się z nią przywitać. Ten jej chłoptaś niech nie ma pretensji, że Brooke poświęci mi 5 minut…no, może 10.” Zza rogu wyszła pulchna kobieta o dużych, zielonych oczach, które pomimo upływu lat nadal miały ten sam wyrazisty kolor.
-Babcia! – krzyknęłam i wpadłam w jej ramiona. Zapomniałam wtedy o całej złości i wyrzutach. Moja babcia była jedyną osobą, która posiadała wszystkie moje cechy charakteru. Byłam dumna z tego, że odziedziczyłam je po niej, podziwiałam ją. Niesamowicie silna kobieta, a jednocześnie tak niezwykle czuła i delikatna, a, i też miewała niejakie kłopoty ze zręcznością.
-Jak Ty wyrosłaś! I jeszcze te szpilki! Mogłaś je sobie darować, nie musisz mi przypominać, że ja już się kurczę.
-Nawet tak nie mów!
-Skarbie, nie przedstawisz swojej starej babci z innej epoki. –powiedziała i skinęła głową na Louisa.
-Ah, tak…Babciu, to mój…eem…Louis. Lou, to najważniejsza kobieta mojego życia i moja najukochańsza przyjaciółka.
-Która jest od Ciebie 3 razy starsza. –wtrąciła.
-Bardzo mi miło. –powiedział Tomlinson i złożył na dłoni kobiety delikatny pocałunek.
-Prawdziwy dżentelmen, dobrze trafiłaś. – szturchnęła mnie w ramię. Moje policzki przybrały kolor bordowy, pochyliłam głowę i modliłam się żeby nikt nie zauważył.
Usłyszeliśmy trzask tłuczonego szkła.
-Tsa, mama gotuje. –mruknęłam pod nosem.
-Myślisz, że będą ofiary? –szepnął mi do ucha chłopak.
-Nie wiem, ale na Twoim miejscu bym uważała. Po raz pierwszy od roku mama zabrała się za przyrządzanie posiłku. Louis, ta kobieta nie wie, czym różni się sól od pieprzu!
Posiłek, rozmowa, wspomnienia, kłótnia, wieczór. Czas minął szybko, nawet nie zauważyłam, kiedy zrobiło się ciemno. ‘Nie było aż tak źle, w skali od 0-10 kompromitację oceniam na 3. To lepiej niż średnia tygodniowa, brawo, Brooke.’
-Będę leciał, już późno. – powiedział Tomlinson, kiedy siedzieliśmy u mnie w pokoju.
-Już? –samą mnie zdziwił smutek w głosie.
-Tak, chłopaki się stęsknią. Zresztą jutro mamy jakiś wywiad, nawet nie wiem gdzie…
-W porządku, idź skoro musisz. –ucięłam rozmowę i wlepiłam wzrok w ścianę.
Louis pożegnał się z zachwyconymi jego osobą rodzicami i podszedł do mnie, stojącej obok drzwi.
-Wyjdziesz jeszcze na chwilę?
W milczeniu ruszyłam za nim na dwór, wieczór był chłodny. Chłopak stanął naprzeciwko mnie. Dłuższy czas wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem. Przypomniał mi obraz sprzed kilku dni, sytuacja podobna, tylko moje nastawienie inne…wyrzuciłam z głowy to wspomnienie, bolało.
-Powiedz mi tylko jedno, czy jeżeli spróbuję Cię pocałować znowu uciekniesz?
-Nie. –szepnęłam cicho. Było mi cholernie wstyd za to, co ostatnio zrobiłam.
Louis powoli zaczął pochylać się nade mną. Delikatnie dotknął swoimi ustami moje. Objął mnie w talii i przyciągnął do siebie. Przymknęłam oczy żeby poczuć tę chwilę jeszcze bardziej magiczną niż jest. Chłopak wpił się w moje usta, z taką siłą, że gdyby mnie nie trzymał pewnie osunęłabym się na kolana. Oplotłam mu ręce wokół szyi i wtuliłam się w niego. Przejechałam ręką po jego miękkich włosach. Nie sądziłam, że ta chwila sprawi mi tyle przyjemności, nie byłam świadoma tego, że to właśnie na ten jeden moment czekałam od naszego pierwszego spotkania. Nagle chłopak oderwał się ode mnie i nie odsuwając twarzy szepnął –Brooke, ja… - ‘Błagam Cię, nie mów tego.’ –Ja… -‘Proszę Cię, nie teraz. Nie dam rady.’ –Ja…powinienem już iść. – powiedział głośniej i spuścił głowę. – Do zobaczenia. –dodał i na dowidzenia lekko pocałował mnie w czoło. Następnie odszedł.
Stałam na progu tak długo, jak tylko byłam w stanie ujrzeć smukłą sylwetkę Louisa samotnie przemierzającego pogrążoną w mroku ulicę. Bolało mnie, ale nie był to ból fizyczny. Czułam w sercu coś w rodzaju pustki. ‘A więc tak mu było przyjemnie po Twoim dramatycznym odejściu.’ Gęste, słone krople spływały mi po policzkach, czy tak musi się kończyć każdy nasz wspólny wieczór? ‘Czy to możliwe żebyś coś do niego czuła? Ty, Brooke Parker, która dobieranie sobie nieodpowiednich partnerów opanowała do perfekcji? To oznacza, że wszystkiego teraz będzie więcej- więcej smutku, więcej łez, więcej cierpienia….’
‘…więcej miłości?’
**********************************************************************************
Ta, więc, pisałam ten rozdział i pisałam i nie mogłam skończyć...mam nadzieję, że efekt wyszedł lepszy niż mi się wydaje.
Dziękuję wszystkim, którym to opowiadanie się podoba, to dla mnie naprawdę dużo znaczy.<3
Dziękuję Nadii, która zawsze daje mi do sprawdzenia wypracowania i uważa mnie za 'kogoś kto się zna'. Haha, ja? Kocham Cię frikudzie jeden
Dziękuję też Messy. W sumie to dzięki Tobie jeszcze chce mi się to pisać

 Mam jeszcze malutką prośbę...Jeżeli to czytacie i wam się podoba to follownijcie mnie na twitterze (@withoutascrip). Co to tam dla was, tylko kliknięcie ^ ^

A teraz Arrivederci, idę czekać na 1D na festiwalu we Włoszech. Słuchanie ludzi, których nie znam i którzy mówią w języku, którego nie rozumiem żeby zobaczyć 5 chłopców, którzy będą tam przez jakieś 5 minut...to się nazywa poświęcenie ;) 

niedziela, 12 lutego 2012

#Rozdział dziewiąty.

Młody, wysoki brunet wchodził szybko po schodach. Był zły, bardzo zły. Mógł jechać windą, ale wolał w tym stanie nikogo nie spotkać, a poza tym miał nadzieję, że uspokoi się przy odrobinie wysiłku. Wszedł do loftu hotelowego i trzaskając drzwiami zamknął się w swoim pokoju. Nie reagował na pytania dobijających się do niego przyjaciół. Zawsze miał się za twardego człowieka. Niełatwo się wzruszał, ale teraz chciało mu się wyć. Czuł się zdradzony, smutny, a przede wszystkim okrutnie upokorzony. Nie był w stanie zrozumieć własnego zachowania, co go poniosło? Znał dziewczynę dwa dni i ubzdurał sobie, że od razu się w nim zakochała. Dlaczego zachował się jak największy gówniarz? Jakby nie mógł grzecznie się pożegnać i wrócić do domku. Wieczór był wspaniały, ale jemu to nie wystarczyło i postanowił przypieczętować go superromantycznym pocałunkiem. Idiota. Ona nie była na to gotowa, a może po prostu nie chciała? Dla niego to nie była kolejna szczęściara, która dostąpiła zaszczytu porozmawiania z Louisem Tomlinsonem. Coś urzekło go w tej niezdarnej, złośliwej, inteligentnej i pięknej blondynce. Czasami bardzo żałował, że jest tym cholernym gwiazdorem. Nie, co on mówi…Sławie zawdzięcza to, co ma najcenniejsze –przyjaciół z zespołu. Kochał ich jak braci, ale teraz nawet oni nie byli w stanie mu pomóc.

-Brooke, otwieraj! Wiem, że tam jesteś!
„One baby to another say I'm lucky to met you...”
-Brooke, słyszę Twoją komórkę! Będę tu stała dopóki mnie nie wpuścisz, a dobrze wiesz, że jestem cierpliwa! –krzyczała Sophie. Od 10 minut stała pod domem przyjaciółki i waląc pięścią w drzwi usiłowała dostać się do środka.
-Brooke, zaraz się spóźnimy! Ja rozumiem, że jest blisko, że masz czas, ale do cholery mogłabyś dać jakikolwiek znak życia!
Słyszałam jej wołania, ale nie byłam w stanie się ruszyć. Zaszyta w pokoju siedząc na łóżku przykryta kołdrą czułam się bezpieczna. Od wczorajszego wieczora ani na chwilę nie przestałam płakać. Wydawało mi się, że nawet kiedy spałam łzy mimowolnie spływały mi po twarzy. Nagle głos przyjaciółki ucichł. ‘Zostawiła mnie? Nawet ona.’ Czołgając za sobą pościel dowlokłam się do drzwi i lekko je uchyliłam. Sophie jakby tylko na to czekała. Natychmiast je popchnęła przez co, co mnie akurat nie dziwi, straciłam równowagę i opierając się o ścianę próbowałam uniknąć upadku. Gdy stanęłam już stabilnie na nogach Evans wpatrywała się we mnie z przerażeniem i troską w oczach. Mój rozmazany makijaż, potargane włosy, pognieciona koszula, a przede wszystkim ból wymalowany na twarzy musiały zrobić na niej ogromne wrażenie.
-Odpuśćmy sobie dzisiaj w-f. –powiedziała i przytuliła mnie. Następnie weszła do mojego pokoju. Stojąc z boku mogłam się mu dokładnie przyjrzeć. Wyglądał tragicznie –porozrzucana poduszki i ubrania, śmieci, puste butelki i to co uderzyło ją najbardziej, paczka marlboro leżąca na szafce. Wzięła ją do ręki i spojrzała na mnie oczekując wyjaśnień.
-Spokojnie, wypaliłam tylko jednego…potem zamiast dymem zaczęłam się krztusić łzami.
-Twoi rodzice wracają późno, tak?
Pokiwałam twierdząco głową.
-I tak w poniedziałek nie dzieje się nic ciekawego. –powiedziała brunetka i rzuciła torbę z książkami w kąt pokoju. Siadła na podłodze. –Opowiadaj.
-Nie ma o czym, jestem po prostu złym, niezdecydowanym człowiekiem.
Sophie to nie wystarczyło. Nadal wlepiała we mnie te swoje czekoladowe oczy, więc wzięłam głęboki oddech i kontynuowałam. –Louis odwiózł mnie do domu. Siedzieliśmy w samochodzie i podsumowywaliśmy wieczór, a wtedy… -spuściłam głowę w dół. Potrzebowałam chwili żeby zebrać myśli. -…a wtedy on…on chciał mnie pocałować. –po wypowiedzeniu słowa „pocałunek” poczułam pewną ulgę i mogłam mówić dalej. –To właśnie w tamtym momencie objawiła się moja choroba psychiczna. Uciekłam stamtąd jak ostatni tchórz.
-Dlaczego? Marzyłaś o tym, a jak przyszło, co, do czego…
-Ale ja nie mogłam! Dopiero, co go poznałam i owszem, lubię go, nawet bardzo, ale po moich ostatnich miłosnych doświadczeniach…Sophie, ja nie chcę znowu cierpieć, rozumiesz? Jak ja mu teraz spojrzę w twarz? Myślisz, że on w ogóle będzie jeszcze chciał ze mną rozmawiać? Jego wyraz twarzy, kiedy wysiadałam…nigdy tego nie zapomnę.
Przyjaciółka spokojnie wysłuchała mojego monologu, ale w żaden sposób go nie skomentowała. ‘Pewnie zastanawia się jak delikatnie mi powiedzieć, że jestem nienormalna. Nie kłopocz się moja droga, dobrze o tym wiem.’

Słońce, drzewa, uśmiechnięte twarze. Świat miał w sobie zdecydowanie za dużo endorfiny,wprost emanował pozytywną energią. ‘Niedobrze mi już od tego całego szczęścia.’ Spacerowałam właśnie ulicami miasta obserwując ludzi. Społeczeństwo zawsze mnie intrygowało. Nosili maski, perfekcyjnie ukrywali prawdziwych siebie pokazując innym tę sztuczną radość, a tych, którzy odważyli się pokazać odrobinę wnętrza nie szanowali i wyzywali będąc jednocześnie takimi samymi. ‘Jesteś zdecydowanie zbyt wrażliwa. Jedyne co Cię ratuje to realizm, w którym pozwalasz sobie na marzenia. To dopiero zdrowe podejście do rzeczywistości, nie posądzałabym Cię o to.’ Usłyszałam dźwięk telefonu, dostałam sms’a. Otworzyłam go. Mimowolnie uśmiechnęłam się do wyświetlacza. „To jedyne miejsce, w którym serwują 3 rodzaje lodów marchewkowych, Lou.” Natychmiast rzuciłam się biegiem w stronę plaży. Rozumiałam sens tej wiadomości, a przynajmniej tak mi się zawało. Nie miałam jednak czasu na zgłębianie ukrytych myśli. Po prostu czułam, że znajdę się we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Nogi okropnie mnie bolały, bieg w szpilkach nie był najlepszą formą sportu. Kiedy dotarłam do niewielkiej lodziarni zaczęłam rozglądać się na wszystkie strony. Kilka metrów dalej dostrzegłam chłopaka. Stał spokojnie i czekał aż go zauważę. Poczułam się tak, jakbym znalazła coś bliskiego mi, co zgubiłam, o czym zapomniałam. Podbiegłam do niego i rzuciłam mu się na szyję. On przytulił mocno mnie przytulił, uniósł do góry i kilka razy obrócił się w miejscu. Ten chłopak zdecydowanie nie był mi obojętny. Wtedy zrozumiałam, że dzień, w którym go poznałam był jednym z najważniejszych w moim życiu.
****************************************************************************
Technologia się rozwija, mamy XXI wiek i inne takie, więc postanowiłam unowocześnić mego bloga. Z boku są linki do mojego twittera, formspring i do opowiadań, które czytam.
Wieczorem dodam tez bohaterów.


Nadia, pisz to swoje dzieło literatury polskiej!<3
Messy, a Ty dodawaj rozdział bo się tam zaraz do Ciebie przejdę! <3
@variableee, @1DpolandStyles, dziękuję, że czytacie <3